Życie jest piękne

Od rana na wkur.. zeniu, bo czemu by nie, nie wiadomo dlaczego, może pełnia, może pustka, może zły sen, nagły spadek hormonów, więc rozmowa z młodszą koleżanką na zoomie i nagle czuje zalew wku… rzenia, jak to śpiewał artysta czerwoną krwią zalewa oczy, nie reaguję, oczywiście, kontroluje głos, czekam 20 sekund, nie wiem co się ze mną dzieje, ale nie pozwalam sobie na wylanie tej miski na głowę młodszej koleżanki.

Potem zajęcia z Amerykanami, gdzie nagle zdaje sobie sprawę, że wdałam się w dyskusje z jednym 20 latkiem, który uważa, że młodzi Amerykanie mają gorzej niż dzieci w Indiach, bo w Indiach czy innym Jemenie jedzenie jest tanie i łatwiej wyżywić rodzinę, wznoszę milczące modły do nieistniejącego Boga, ratuj mą duszę bo nie zdzierżę (borze, jeśli jest jakaś nacja, do której jestem uprzedzona, to Amerykanie).

Ale jestem uratowana!

Panna Anna Hanna Wanna, zapomniałam zupełnie!

Leżę, tajam, dochodzę do siebie, by jutro wyjść na ludzi.

Relacja z kaloryferem

Rano sobie wymyśliłam odpowietrzanie kaloryferów – było tylko 17 stopni w domu, więc czas zacząć grzać. Niestety, okazało się, że cholerny gwint do odpowietrzającej śruby został zajechany przez naszego ulubionego pana Piotrka, co robił nam remont łazienki i nie da sie teraz odkręcić ani zakręcić. Pół dnia i dwie wizyty w sklepach poźniej wiemy, jakie śruby NA PEWNO NIE PASUJĄ, czyli jesteśmy trochę bliżej rozwiązania problemu. W międzyczasie wykorzystałam okazję, żeby pokazać Mo, jak się odpowietrza i wytłumaczyć dlaczego, więc korzyść edukacyjna zrównoważyła nam utratę leniwej niedzieli mam nadzieję.

A oto szczegóły dla zainteresowanych moim szkoleniem: Składają się na nie dwa lata magisterki na Trinity plus dwa (jeśli dobrze pójdzie) lata praktyki klinicznej przy instytucie (400 godzin z klientem). Do tego 400 godzin obowiązkowej terapii własnej;D W magisterkę wchodzą oczywiście wykłady, napisanie pracy (i mnóstwa esejów), seminarium z obserwacji niemowlęcia, oraz proces grupowy. Szkoła należy do Brytyjskiego nurtu Independent, gdzie Winnicot, Fairbairn i Balint, obecnie Casement i Bollas. Independent opierają się na Freudzie i Klein, czyli relacji z obiektem. W Irlandii drugim nurtem, w którym można się szkolić w podobnym trybie jest Lacanowski, wtedy magisterkę się robi na UCD.

Oprócz tego u niektorych już Halloween, w sumie pogoda taka, że zero zdziwienia:

Wygrałam los na loterii

Teatr robi dobrze na duszę, choć nie ma nic gorszego niż słaba sztuka.

Wczoraj się nie zawiodłam, Anu productions daje radę. Już dawno chciałam ich zobaczyć, ale bilety były zawsze wyprzedane na długo przed występem. Anu robi teatr chodzony, chciałam napisać ‚eksperymentalny’, ale czasy, kiedy coś takiego było eksperymentem już dawno mineły. Tym razem występ miał miejsce w starej kamienicy, siedzibie Royal Society of Antiquaries in Ireland na Merrion Square i w pakiecie ze sztuką dostaliśmy możliwość przebywanie w przepięknych, choć nieco zapuszczonych wnętrzach. Bonusem był w pierwszej części spektaklu silny Dubliński akcent klasy niższej, Mi dzięki swojej pracy rozumiał wszystko, ja prawie wszystko, z ciekawością przeczytałabym tekst. Sztuka o traumie i losie kobiety, dziś sprawdzilam, że oparta luźno na utworach Seana O’Casey, autora Inishfallen. Po raz kolejny zdałam sobie sprawę, jak dużo mam szczęścia w życiowej loterii. Sto lat temu kobiety w Dublinie miały średnio siedmioro dzieci, które rodziły rok po roku, śmiertelność niemowląt była na poziomie dziesiejszego Afganistanu (168/1000), a jeśli nie urodziłaś się w arystokratycznej rodzinie, czekał się całe życie zapierdol. W dodatku mąż miał prawo do twojego ciała o każdej godzinie dnia i nocy – bo przecież nie ma czegoś takiego jak gwałt w małżeństwie.

Dziś bez ciśnienia, dochodzę do siebie po okrutnym katarze. Rano machnęłam podłogi, potem trochę czytania do magisterki – wczoraj zadumałam się nad losem gościa, lekarza, który próbował łączyć idee Freuda z Marksem, założył pierwszą klinikę poradnictwa seksualnego we Wiedniu (mawiał, że lepiej zapobiegać niż leczyć) a potem prowadził terapię biedoty Berlińskiej, w rezultacie czego w 1933 wyrzucono go z Berlińskiego Towarzystwa Psychoanalitycznego za marksizm, a z partii komunistycznej za psychoanalizę. A w tym czasie naziści przejmowali władzę…

Ciepła herbatka ratuje życie

Pół tygodnia lało.

Strumienie wody z góry przekroczyły swój zwykły poziom upierdliwości w środę i kiedy pojechałam na rowerze odebrać Mo, deszcz ciekł mi już po twarzy, plecach i palcach u stóp. Zaczęłam lekko kichać i ogólnie czuć się kiepsko.

Ale miałam plan, przywiozłam Mo do domu, gdzie napiłyśmy się ciepłej herbaty i zamieniłyśmy rower na samochód i dopiero tak przygotowane pojechałyśmy na gimnastykę. Tam poczekałam sobie godzinkę w ciepłym samochodzie, pijąc ciepłą herbatkę, potem wróciłyśmy na ciepły irlandzki obiad (bo się go zwykle jada się koło osiemnastej, a nie o trzeciej, jak polski) i dopiero wtedy znowu pojechałam do pracy. Deszcz lał nieprzerwanie i błogosławiłam moment, kiedy nas oświeciło i zrobiliśmy prawko, bo mogłam wskoczyć w samochód. Późne wykłady są ciężkie dla obu stron, dla mnie i dla studentów, którzy często przychodzą po całym dniu pracy tak zmęczeni, że oczy im się kleją.

Katarzysko nie ustępowało i wróciłam do domu po 22 całkiem już chora. Rano niestety do szkoły, bo nie dają zwolnienia na katar. Ale poszłam z takim gilem do pasa, że uczyłam w masce, bo głupio mi było studentów zarazić.

Ciekawe jest to zakładanie maseczki – z jednej strony, jest to dalej sygnał ‚social virtue’, myślenia o innych, ale z drugiej strony ludzie zaczynają się patrzeć podejrzliwie, co to za świństwo ukrywasz pod maskę i dlaczego wobec tego przychodzisz zarażać ludzi. Ale miałam też w tym też swój własny sekretny cel, bo chciałam się wykręcić z targów edukacyjnych na których miałam się pojawić dziś rano. Czułam się dość kiepsko, ale musiałam szkole uświadomić, że nie wypada posyłać przedstawiciela z gilem do pasa.

Ale dziś obudziłam się niekichająca i idę wieczorem do teatru.

A oprócz tego Nowa Pani jest strasznie gadatliwa i tak mnie to wkurza, że nie macie pojęcia. Dam jej jeszcze szansę, żeby się opamiętała, ale nie wiem jak to będzie. Być może będę miała Kolejną Nową Panią.

PS. Oczywiście zrobiłam test, to nie to.

Alergia na Junga

Znowu dzień ciężki i ołowiany.

Zupełnie, jak wczoraj, ale wczoraj miałam przynajmniej wyzwanie – Jung i Lacan, trzy godziny i trzy godziny, tuż po sobie, a ja z cieknącym nosem. Z nich dwóch zdecydowanie wolę Lacana, u Junga mi przeszkadza mistycyzm, klimat new age i tak dalej, synchronicity, my ass… Tyle dobrego, że zapytałam Jungistę o Petersena i jego archetypy, stwierdził tylko, że guru prawaków uprościł i zwulgaryzował idee Junga, szczególnie w odniesieniu do gender.

Żeby nas zupełnie pognębić, wcisnęli nam zajęcia do wymarłego w sobotę budynku Neuroscience, na poziomie -2. Zjeżdżało się do podziemi wielką windą z łańcuchami, a potem się gubiło w długich korytarzach, ledwo oświetlnonych fluorescencyjnymi żarówkami. To siedzenie w podziemiu mnie wykończyło, bo jak weszłam po 9, to o 9.30 zaczęłam smarkać i otulać się swetrem, o 10.30 kichać, a potem to już tylko łzy mi ciurkiem leciały i niepowstrzymane salwy kichnięć. Chodziła klima, więc przez chwilę myślałam, że się przeziębiłam, ale kiedy wyszliśmy na przerwę na kawę, a mi jak ręką odjął, to zaczęłam się domyślać, że to cholerna alergia. Może na jakiś odczynnik w sali, może na kota koleżanki, która właśnie całą noc z nim spała, a najprawdopodobiej na jakąś pleśń w klimie. Po ośmiu godzinach byłam chora, wykładowczyni w pewnym momencie zasugerowała Covid, wróciłam więc do domu zrobiłam test, coby w razie czego ostrzec ludzi z grupy, ale to nie to. Położyłam się do łóżka, czosnek, wit C, gorąca herbata, kołderka. Myślałam, że rano wstanę z bólem gardła i może czymś jeszcze, a dziś objawów zero.

W nocy za to miałam sen Lacanowski i pół-sen Jungowski. W Lacanowskim przyśniły mi się dwa słowa: confidence i confidentiality, pewność i poufność, oraz mój dom, który muszę przeorganizować, wywalić kuchnię na front domu, a gabinet na tył. Proszę o interpretacje;)

W Jungowskim widziałam Mo, która wchodzi po schodach na górę, trzymając w ręku namalowany przez siebie obraz, po drodze mija się ze schodzącym w dół lwem.

Staram się dziś troszkę czytać, ale muszę przyznać, że głównie się lenię. Byliśmy na krótkim jesiennym spacerze, żeby nie zguśnieć, a potem będziemy oglądać nowego Miyazakiego.

Żeby nie zgliwieć

Dzień był zachmurzony i gnuśny, musiałam się bardzo starać, żeby nie zgnuśnieć, ani nie spleśnieć. Kupilam bilet Berlin-Dublin, więc mam już jak wrócić z mojej szalonej wyprawy w październiku, poszłam na wystawę, którą chciałam zobaczyć jeszcze raz i przeczytałam resztę tekstów na jutrzejsze zajęcia. A kiedy wróciłam i poczułam, że wszechogarniający marazm zaraz mnie dopadnie, zgliwieję do szczętu i imętu, poszłam biegać. Nie dałam się entropii, ale czy mój opór zda się na długo? Mi dogorywał na kanapie i nie miał siły na nic w ten piątek po południu.

Aaaa, jeszcze kupiłam bilety do teatru, ale jakoś tak bez przekonania – co roku się szykuję na Dublinski Festiwal Teatralny i co roku wypada w takim terminie, że jestem tak zajęta, że mi się nie chce. Szukać, czytać recenzji, wybierać, dopasowywać terminów.

Minął pierwszy tydzień zajęć i przez chwilę miałam takie uczucie, że co ja tutaj robię, naprawdę nie wiem, jak dożyję do końca roku. Spotkałam doświadczonego kolegę w kantynie, a on mówi ‚pierwszy tydzień jest najgorszy, potem się człowiek jakoś przyzwyczaja’ i przypomniało mi się, że to prawda.

Przyleciały dzieci z NY i już czekam, aż się wyprowadzą, hehe. Fajnie, jak są blisko, ale jednak NIE w jednym domu, feng shui mi się zaburza;D Ciekawe, że kiedyś przecież mieszkali u nas rok w czasie pandemii, jakoś dawaliśmy radę i nie pamiętam, żeby to było wybitnie uciążliwe czy konfliktowe, choć oczywiście momenty były. Może chodzi o to, że wtedy mieli taryfę ulgową, bo wiadomo – studenci, a teraz postrzegam ich jako dorosłych ludzi i już czuję, że czas, żeby stanęli na własnych nogach. Ale spędzają czas z Mo – ona zachwycona, codziennie nie może się doczekać aż wstaną.

Wróciłam na ziemię

Moje miasto wydaje się bezpieczne, wprawdzie podtopiło trochę drogi niedaleko rodziców, ale podobno to podtopienie kontrolowane. Za to lasek, po którym zwykle biegam, wygląda jak bajoro. Lepiej lasek, niż osiedle.

W poniedziałek miałam klasę pełną Amerykańskich studentów, a ja w kosmosie. Wcześniej byłam u Nowej Pani (ksywka tymczasowa), która mnie właśnie w ten kosmos wystrzeliła, z moją wydatną pomocą oczywiście, bo jeżeli chodzi o wystrzelenie w kosmos, to ja zawsze na ochotnika. Ale przecież nie mogę tak funkcjonować, muszę nauczyć się wyłączać grzebanie w głowie wtedy, kiedy to konieczne. Widzę jak delikatny jest to proces, jak trudno zrównoważyć konieczność wiercenia dziury w mózgu z naporem bytu, czyli po prostu codziennym funkcjonowaniem. Dlatego uczy się nas, że nie można wesoło demontować wszystkich obron pacjentów (klientów?), nawet tylko tych patologicznych, bo ludzie mogą się potem nie pozbierać. Oprócz tego we wtorek rozmawialiśmy o tym, jak to człowiek nigdy nie może być w pełni zintegrowany. Niby oczywiste, ale jednak nie do końca uświadomione.

Wczoraj już wróciłam na ziemię, a w Irlandii piękne lato.

Dzień dobry

Myślę o Wrocławiu. Nie martwię się i nie panikuję, po prostu myślę. Na razie woda idzie Bystrzycą od zachodu, od Leśnicy, czyli blisko nas, ale fala na Odrze ma dopiero dojść w piątek, na razie znajomi piszą ‚luzik’. Myślę, że władze zrobią wszystko, żeby Wrocław uratować, bo to już sprawa prestiżowa teraz.

Piesek z lokalnego parku prawdę ci powie

Ale Kłodzka szkoda, Lądka Zdrój, Nysy, Głuchołazów, Jelonki!, a w niej Cieplic, tyle miejsc, miast i miasteczek, które znam, bywałam, mam różne wspomnienia z nimi związane. Kłodzko jest takie piękne, że aż zatyka dech, ostatni raz byłam tam z koleżanką i z papugą, dla której w knajpie kupiłyśmy szarlotkę z lodami, przysmak papugi. Ptaszor uratowany z holenderskiego przytułka wrzeszczał na całą knajpę takim niskim, męskim holenderskim. Mam w Dublinie zielony flakon z Kłodzka, wyszukany właśnie wtedy na targu staroci

Biały flakon z Ikei, zielony flakon z Kłodzka, rysunki Mo

i szczególny sentyment do tego miasta, jeszcze z młodości. Stamtąd jest na przykład obecny Wojewoda Dolnośląski, którego pamiętam jako romantycznego, szczupłego chłopaka z gitarą jakieś 35 lat temu. Teraz bym go nie poznała, ciekawe, czy on by mnie poznał;)

Pamiętam też powódź tysiąclecia we Wrocławiu, dla mnie było to przeżycie pokoleniowe, przełomowy i znaczący moment w życiu. Przez tydzień byliśmy odcięci po północnej stronie Odry, szła fala, a ja poszłam odwiedzić koleżankę na Ołbin i nie mogłam już wrócić, z czego byłam niepomiernie zadowolona oczywiście. Mieszkaliśmy wszyscy w sześć czy siedem osób w jej wynajmowanym mieszkaniu, Mi, który wtedy był moim kolegą ze studiów, przebijał się z chlebem z południowego Wrocka, bo u nas już się skończył i żyliśmy na makaronie czy ryżu. Całej powodzi nie zapamiętałam jako tragedii, sypaliśmy tamy, ustawialiśmy barykady, pomagaliśmy ludziom przenosić graty, dzieci i zwierzęta, śledziliśmy wiadomości, przychodzili ludzie i opowiadali, jak ratowali Ossolineum czy Uniwersytet, wspólnie kiwaliśmy głowami z potępieniem nad tymi, którzy okradali sklepy i wykręcali się od pomocy, niektórzy marzyli, żeby zalało archiwa Uniwersytetu, bo oblany egzamin był dla nich gorszy niż zalane osiemnastowieczne mury, pamiętam takie uczucie przygody i ekscytacji, w jakie jedynie młodego człowieka może wprawić katastrofa. I mam jeszcze inne wspomnienia, trochę bardziej ambiwalente i intymne, akurat nie z moim przyszłym mężem i nie na bloga.

Ciekawe jest to, jak sprawy prywatne mieszają się w naszych wspomnieniach z publicznymi, jak te koraliki wydarzeń są nanizane na nasze życia i każdy trochę inaczej pamięta, jak to było naprawdę. Dlatego nie oglądałam serialu Wielka Woda, mam zbyt osobiste wspomnienia, zbyt blisko ciała, żebym była w stanie znieść czyjąś wizję artystyczną ku rozrywce gawiedzi. Mam swoją własną.

Anonimka pisze, że pięknie u nas, to jeszcze zdjęcie z niedzielnego spaceru, mamy taką trasę od jednego parku z boiskami (nazywa się East Timor, jak niedawno odkryliśmy, na pamiątkę wizyty ważnego pana właśnie z East Timor), kładką przez szerokopasmówkę, w dół do Liffey i dalej do wspomnianego już Memorial parku, który jest upamiętnieniem dwóch wojen światowych, a z którego już rzut beretem do naszego Phoenix z dziko biegającymi jelonkami. Można do niego dojść od nas zarówno na lewo, jak i na prawo, przez dwa różne mosty. Po przeciwnym brzegu rzeki są stanice uniwersyteckie, TCD i UCD, gdzie studenci trenują kajakarstwo i często na tym właśnie odcinku widzimy grupy, jak trenują row row row your boat.

Mo próbuje hulajnogę Mi

Pogoda dla bogaczy w Dublinie

Rano trochę mgliście mżyło, z radością więc i bez żalu zanurzyłam się w tekstach. Ku mojemu zdziwieniu odkryłam, że teksty przystępne i wciagające, a przecież tym gościem straszą małe dzieci, więc zdziwko. Machnęłam zatem dziś dwa, każdy po 30 stron. Potem pojechałam i oddałam winylowe kafte do kuchni – no nie pasują, na zdjęciu nie widać, ale są białe z niebieskim i gryzą się z kremowymi beżami, które mam na ścianach, o proszę:

Na blacie burdel, nie będę przecież sprzątać do zdjecia😅

Zmontowaliśmy obiad, wyszło słońce i poszliśmy na spacer. Chcialam pójść pooglądać roślinki w ogrodzie różanym w Memorial parku, bo cały czas rozkminiam co by tu nasadzić na pas po lewej stronie od sąsiada, żeby było pięknie. I pod ścianą.

W międzyczasie zaczęły do mnie dochodzić wieści z Polski, moje ukochane okolice pod wodą, malutki strumyczek Wrzosówka, który mijam, jak idę do mojego Ulubionego Miejsca na Ziemi zrobił się groźną rzeką, która wpada do innej rzeki, która właśnie zalała Jelonkę i miejsca, które dobrze znam. Znajomi uwięzieni w Lądku Zdroju, pojechali oblewać 50tkę, teraz siedzą bez prądu i netu i bieżącej wody, w sumie teraz to mam nadzieję, że alkoholu im na imprezie nie zabraknie. Inni jadą ratować dom, kupiony na przepięknej głuchej wsi niedaleko Nowej Rudy, ogromnym wysiłkiem wyremontowany i dopieszczany od dziesięciu lat. O swoją rodzinę się nie boję, bo Wrocław jest duży.

A u nas w tym czasie tak:

Liffey jak tafla jeziora

Po powrocie ze spaceru zrobiło się już NAPRAWDĘ pięknie i poszłam biegać.

Po tym boisku biegałam ja i koń. Te wyskokie bramki to do Gealic Futball

Pocztówka z wojny

Sztuka musi otwierać mi szufladki w głowie, albo łączyć niespodziewanie rzeczy z różnych szufladek, w każdym razie musi mnie zostawić w zadziwieniu, zawieszeniu, olśnieniu, w jakieś przestrzeni przejściowej, potencjalnej, pełnej różnych możliwości. Filmy traktuję jak sztukę i dlatego nie lubię takich, co stawiają kropkę nad i, zawsze mają puentę i wytłumaczą ci to, czego jeszcze nie rozumiesz. Tłumaczenia oczekuję od nauki.

[Nie lubię też filmów ‚rozrywkowych’, na przykład taki Bridgerton wywraca mi flaki na drugą stronę, romanse z plastiku ani mnie ziębią ani grzeją, od romantyzmu i słodyczy mody ‚Regency’ bolą mnie zęby, wrzosowe wzgórza, mgły, tajemnicze zamki i dymy kojarzą mi się nieodmiennie z cierpieniami Młodego Wertera, a Romantyzm to moja najmniej ulubiona epoka, skutecznie zamordowana w szkole średniej. Dramaty kostiumowe lubię tylko wtedy, kiedy ich prawda psychologiczna jest trochę głębsza niż to, czego możemy dowiedzieć się z Klanu. Dlatego również śmieszą mnie narzekania na czarną Kleopatrę – a jakie to ma znaczenie? Jest to dramat kostiumowy, a nie film dokumentalny, na boga! Jak ktoś chce uczyć się historii z Kleopatry i myśli, że to ‚tak właśnie wyglądało, a Kleopatra nie była czarna!’ to chyba pomylił historię z opowieściami Żwirka i Muchomorka. Ale brońboże oczywiście nie znaczy to, że potępiam oglądanie Bridgerton czy Kleopatry jak ktoś lubi, rozumiem taki eskapizm, coś jak comfort food, taki ‚comfort moving picture’, jak kogoś to uspokaja czy pozytywnie nastraja, to czemu miałby sobie odmawiać? Koniec dygresji].

Z powodów powyższych, rzeczy, które mi się podobają, najczęściej nie trafiają na listy największych kasowych przebojów. Filmy popularne są bowiem fajne i z fajerwerkami, ale zbyt dosłowne i zbyt ‚skończone’, czyli – nuda, wszystkie moje szuflady w głowie pozostają zamknięte, a ja czuję, że tych dwóch godzin z mojego życia już nigdy nie odzyskam.

Zdarzają się jednak wyjątki i podejrzewam, że takim wyjątkiem jest Północno-Irlandzki Kneecap. Jest właśnie grany w kinach i jak ktoś ma okazję, to na pewno nie pożałuje.

https://www.youtube.com/embed/FFYfp-hKxZQ?si=j56RPlp09JVEqY-V

Do hip-hopu (czy rapu) mam specyficzny, dość sentymentalny stosunek od czasów Kalibra 44, kapeli, której uliczna poetyka chwyciła mnie mocno za twarz, choć już byłam dojrzałą studentką. W tych wszystkich tekstach o kasie, laskach i dragach znajdzie się zawsze jakaś perełka, w której chodzi jeszcze o coś innego, o coś poza tym, jakiś z nagła wybrzmiewający prawdziwie ból istnienia, ale bez ckliwego romantyzmu, mimo, że o dragi, kasę i laski też chodzi. Taką właśnie perełką jest Kneecap. Warto obejrzeć chociażby po to, żeby zobaczyć Belfast, który tam nie wygląda jak pocztówka z wojny.