Zimno

Rano 12 stopni, dom wyziębiony po ulewach, przykrywam się wełnianym kocem i marzną mi paluszki. Lało sto dni.. wróć, wróć, dwa dni i dwie noce. Myśl się błąka o powrocie do drutów, ostatnio zrobiłam przepiękny sweter dla Mo, zostało mi tylko zblokowanie i doszycie guzików, ale ochota mi przeszła, bo Mo i tak nie będzie go nosić. Postanawiam robić na drutach teraz tylko dla siebie. Chodzi mi po głowie duży, puszysty, żółty kardigan, z warkoczami i wzorami, dość krótki, tak, aby pasował do moich skarpetek generacji Z (crew-socks). Od kiedy zostałam oświecona na tiktoku, noszę z dumą moje wystające z butów skarpetki oraz szerokie dżinsy, w niedzielę obczajałam modę na placu zabaw i wszyscy mieli skarpety millenialsów!! Szok. Brak słów.

Zostałam zarzucona robotą, a tu przyjeżdżają chłopaki i się czuję rozleniwiona. Na szczęście pracuję z domu, ale nagle się okazało, że jest wiele nitek, które muszę trzymać w ręce i patrzeć, gdzie się kończą, bo błędy będą się mściły przez cały kolejny akademicki rok. Wracają do mnie sprawy sprzed roku, już się DWA razy zrzekałam stanowiska, a ono jak bumerang, a sprawy nie ruszone od czasu, kiedy podgoniłam je w lipcu 23. W ogóle mnie to nie dziwi, bo tak działa każda instytucja.

Do tego mam pewną – powiedzmy – różnicę zdań z haerem o urlop, różnicę, która naprawdę niepotrzebnie pochłania mój czas i energię, haerowi pewno to potrzebne, bo inaczej nie mieliby co robić. Spór sprowadza się do tego, że ‚system says no’ i nie mogę zarezerwować całego przysługującego mi urlopu. Haer zamiast zmienić ustawienia systemu IT próbuje oczywiście zmienić mój kontrakt, argumentując, że nieważne co jest w nim napisane, bo ‚system says no’ i męczy mnie wysyłając poprawki do umowy, których ja nie mam zamiaru podpisać. Sprawa ciągnie się od ROKU, w tym czasie odbyłam 3 rozmowy ze ‚starszym partnerem’ z haeru i 2 z szefową. Najwyżej skończy się to w sądzie pracy, choć nie jest to nic poważnego, ale jestem na to gotowa.

****

Tak mnie zmiędliła praca, że poszłam pobiegać (pobiegłam? 🤔 Szerokie zielone aż po horyzont zawsze uspokaja. I był nawet konik😊