… leje.
Przeokropne strugi wody spływają z nieba, ale mi akurat dzisiaj to nie przeszkadza, bo wiedząc, że zapowiadają Armagedon pomyłam wczoraj okna.
‘Ana, ty jak prawdziwa Irlandka’ stwierdził ulubiony sąsiad, kiedy zapytał, czemu myję okna, a ja odpowiedziałam ‘bo jutro będzie padać’. Tak oto odwaliłam przed-ostatnią pracę wakacyjną pracę przed przyjazdem chłopaków, którzy mają się pojawić z moim bratem w czwartek w nocy.
Ostatnia praca to malowanie korytarza, zostały tylko dwa dni, więc nie wiem, czy zdążę. Trochę mi się przedłużyło, bo nie mogliśmy zdecydować się na kolor (zielony – ja, taki irlandzko zielony, ciemna żywa leśna zieleń, albo jasny, mój mąż – BURACZKOWY O_O, to już wolę granatowy, taki, jaki był, BURACZKOWY do mnie NIE PRZEMAWIA, mąż przekonuje, że będzie pięknie, ale my NIC nie mamy buraczkowego, mąż mówi ‚to sobie kupimy!’. No nie wiem. W końcu, kiedy wytłumaczył mi, że bardziej chodzi mu o taki burgundy zaczęłam patrzeć trochę łaskawszym okiem, ale tylko jednym.)
Dalej leje. Byłam dziś na godzinnej obserwacji, na ostatniej wizycie czułam się jak wystający samotny ząb, jak źdźbło w oku, jak kwiatek do kożucha, potem przemieliłam swoje uczucia ze Śmiesznym Dziadkiem, znowu podczas spisywania obserwacji, a potem jeszcze na seminarium i dodatkowo wieczorem chciałam przegadać z Mi, który jednakże się nie dał, bo chciał sobie wieczór spędzić z muzyką i książką. Poczułam się opuszczona i smutna, niemowlak mnie najwyraźniej pozamiatał. Tak się musiałam straumatyzować, że dziś pomyliłam kierunki autostrady i pojechałam na południe zamiast na północ (nieświadomość potrafi nie takie sztuczki robić, hehe), pół godziny zabrała mi nawrotka, ale dzięki temu spędziłam tam tylko 45 minut;)
Ale dziś było lepiej. Przekonałam się, że łatwiej jest jak nie przyjmuję kompletnie blank slate, jak to mówią, nie tak, żeby zaraz z mamą urządzać sobie pogaduszki, ale wymiana paru zdań ociepla atmosferę i przestaję się czuć dziwacznie.