Summer Party

A jednak udało sie nam w sobotę trafić na Summer Party. Myślałam już, ze słabizna, nic z tego nie będzie, bo kto to widział samerparty kiedy jest 15 stopni i leje, nawet ja, wielka amatorka sentymentalnych spotkań i romantyzmu społecznego prawie że się poddałam. Zaczęłam kichać, było mi zimno i smętnie wygladałam resztek entuzjazmu na dnie duszy. A na dodatek Mi i Mo wrócili z Dublin Pride przemoknięci, zziebnięci i zmęczeni.

Ale Mo, fanka wszystkich imprez, wyjść i szaleństw, prawdziwa party girl, nie odpuściła. Musieliśmy iść. Planowaliśmy wpaść na godzinkę, pokazać się, przywitać, porobić dobre wrażenie i wrocić do domu.

A na miejscu przyjęcie mnie zaczarowalo, bo czasem, a już szczególnie latem, człowiek moze trafić na taką czarodziejską atmosferę, zwłaszcza, kiedy się nie nastawia i nie spina. Była jakaś właściwa mieszanka różnych charakterów, dzieci i dorosłych, a każdy uradowany, że wakacje się zaczęły, że lato, że nareszcie, że może nawet wyjdzie słońce, każdy przyniósł jakieś danie, jakiś alkohol albo orenżadę, albo Guinnessa choćby i 0%, nie ma znaczenia i tak staliśmy, gadaliśmy, jedliśmy, wyszło słonce, dzieciaki szalały boso po mokrej trawie, na trampolinie i na huśtawkach, pachnący groszek pachniał upojnie, winorośl na pergoli udawała, ze jesteśmy w Grecji, pomidory w szklarni udawały, że w Hiszpanii, ludzie za to na chwilę przestali udawać, poluzowali apaszki i kołnierzyki, pan domu grilowal hamburgery, a nie ludzi, pani domu polewała wino. Było cudnie, luzacko, trochę hipisiarsko, stary Irlandczyk uczył tańca irlandzkiego młodą dziewczynę z Brazylii, która prosiła mnie, żebym jej pokazała kroki polskich tańców ludowych, w ogrodzie student z Japonii dyskutował ze studentem z Turcji, a ja odkryłam, że z jedną mamą z Mo klasy całkiem fajnie się rozmawia.

Mo o dziewiątej wieczorem wysiadł bezpiecznik i szalona zabawa skonczyła się płaczem, więc pojechalismy do domu, może to i dobrze, bo już mnie kusila druga butelka cydru.