Ciepła zupa, niezbyt słona

A zatem już w Polsce.

Za nami dwa tygodnie z chłopakami w Irlandii, chłopaki są w wieku Mo i brat mój ich wysyła do mnie, żeby podszkolić angielski. Nie ma z nimi żadnego problemu, są myślący, co nie znaczy, że posłuszni, ale myślenie na szczęście wystarcza. Poza tym, jak to dzieciaki, mają za dużo energii, więc w oczywiście po cichu gratuluję sobie, że zapisałam całą trójkę na tydzień obozu sportowego na Irlandzkim Sportowym Kampusie Narodowym. Kiedy ich codziennie odbierałam o trzeciej, wsiadali do samochodu jak trusie i do samego domu się nie odzywali, poza zdawkowymi odpowiedziami na pytanie ‚jak było’. Byli wykończeni, nic dziwnego po sześciu godzinach biegania na 800 metrów, basenie, grania w kosza i siatę i masie innych sportowych atrakcji. Na pierwszy weekend pojechaliśmy na Connemarę, a na drugi na Howth, czyli standardowa parada uroków Irlandii.

Tak się przyzwyczaili, że wczoraj kąpiąc się w Bałtyku krzyczą do mnie ‚ciociu, ciociu, jest tak ciepła woda, że pocę się w morzu!’.

A teraz pławię się w sosie rodzinnym, jak w tym ciepłym Bałtyku. Po raz pierwszy nie ma z nami mamy, złamana kość biodrowa poskutkowała ogólnym powolnym załamaniem. Wprawdzie pan Michał postawił ją na nogi, ale nadal pieluszki i ogólne osłabienie, również umysłowe, nie wróżyło najlepiej na wyjazd. Siostra podjęła zatem trudna decyzje i mama została z panią opiekunką w domu, pomimo protestów ojca ‚a co jak mi tu umrze!’

Bałtyk dzień pierwszy

Teraz już tutaj, w Polsce, w balsamicznym lesie, że znajomymi zapachami i widokami.

Bałtyk cieply jak herbata, w porównaniu z ostrym morzem irlandzkim.

Oto cała nasza brygada, chłopaki, Mo i Mi, ja to zleciało!

Wczoraj piękny Gdańsk.

Dziś przyjeżdżają rodzice chłopaków i mamy z głowy ciotkowanie i wujkowanie.

Ale z nimi to przyjemność być ciotką, bo są fajni, ciekawi świata, aktywni i słuchają co się do nich mówi.

Zaraz się zjedzie reszta rodziny, siostry i ich partnerzy, bracia, szwagierki, dzieci. Będzie zadyma, gorąca zupa rodzinna, trzy razy się pokłócimy i pogodzimy.

Lubię ❤️

Na zachód

Pojechaliśmy po prostu na zachód, jak to osadnicy i oniemieliśmy.

Na początku oniemieliśmy tak troszeczkę, miasto Galway jest piękne takim znajomym urokiem pięknych nadmorskich miasteczek:

Później kąpiel w oceanie, ale w zatoczce, więc oniemienie jeszcze delikatne.

A później oniemiewaliśmy bardziej i bardziej. Na początku tylko łagodne, zielone pagórki, tutaj z samochodu:

Zobaczcie na kolor nieba! Po tych wszystkich deszczach i zimnicach, strumieniach szarej wody z góry i z boku, nie mogliśmy przestać się gapić na niebo.

I tak dojechaliśmy do Irlandzkiego fiordu.

Przespaliśmy się w schronisku przytulonym do hotelu, w pokoju wielosobowym, który mieliśmy cały dla siebie. W pokoju osiem łóżek, ale nas było sześć osób, a schronisko na wpół puste, więc niedokwaterowali nam nikogo.

(Na szczęście, bo byłoby ciężko – to jednak dziwny pomysł umieszczać w pokoju toaletę i prysznic, coś jak en suite, ale na osiem osób. Wyobraźmy sobie osiem obcych sobie osób, które się myją o różnych godzinach, korzystają z toalety, podczas, gdy współspacze jedzą albo śpią).

Objechaliśmy tylko jeziorko polodowcowe i zaraz pod górą, która jak wszystkie góry w Irlandii nazywała się Ben coś tam, mieliśmy nocleg. Góra nie była wysoka, ale wyłaniała się tak nagle ostro i stromo, że z zakrytym chmurą szczytem wyglądała na ogromną.

W hotelu była sauna, basen, masaże no i w ogóle super luksusowe klimaty, może kiedyś będę bogata to się wybiorę, ale prawdę mówiąc mi wystarczyły góry, morze, tfu, ocean, i takie widoki:

Rano wybraliśmy się na jeszcze innego Bena, taka trzygodzinna wycieczka idealna na spacer z dzieciakami:

Potem zjedliśmy coś w restauracji, w której rosły bratki pod blatem stołu, pomidorki koktajlowe koło kominka, a mięta pod ścianą.

A potem poszliśmy dalej…

Zimno

Rano 12 stopni, dom wyziębiony po ulewach, przykrywam się wełnianym kocem i marzną mi paluszki. Lało sto dni.. wróć, wróć, dwa dni i dwie noce. Myśl się błąka o powrocie do drutów, ostatnio zrobiłam przepiękny sweter dla Mo, zostało mi tylko zblokowanie i doszycie guzików, ale ochota mi przeszła, bo Mo i tak nie będzie go nosić. Postanawiam robić na drutach teraz tylko dla siebie. Chodzi mi po głowie duży, puszysty, żółty kardigan, z warkoczami i wzorami, dość krótki, tak, aby pasował do moich skarpetek generacji Z (crew-socks). Od kiedy zostałam oświecona na tiktoku, noszę z dumą moje wystające z butów skarpetki oraz szerokie dżinsy, w niedzielę obczajałam modę na placu zabaw i wszyscy mieli skarpety millenialsów!! Szok. Brak słów.

Zostałam zarzucona robotą, a tu przyjeżdżają chłopaki i się czuję rozleniwiona. Na szczęście pracuję z domu, ale nagle się okazało, że jest wiele nitek, które muszę trzymać w ręce i patrzeć, gdzie się kończą, bo błędy będą się mściły przez cały kolejny akademicki rok. Wracają do mnie sprawy sprzed roku, już się DWA razy zrzekałam stanowiska, a ono jak bumerang, a sprawy nie ruszone od czasu, kiedy podgoniłam je w lipcu 23. W ogóle mnie to nie dziwi, bo tak działa każda instytucja.

Do tego mam pewną – powiedzmy – różnicę zdań z haerem o urlop, różnicę, która naprawdę niepotrzebnie pochłania mój czas i energię, haerowi pewno to potrzebne, bo inaczej nie mieliby co robić. Spór sprowadza się do tego, że ‚system says no’ i nie mogę zarezerwować całego przysługującego mi urlopu. Haer zamiast zmienić ustawienia systemu IT próbuje oczywiście zmienić mój kontrakt, argumentując, że nieważne co jest w nim napisane, bo ‚system says no’ i męczy mnie wysyłając poprawki do umowy, których ja nie mam zamiaru podpisać. Sprawa ciągnie się od ROKU, w tym czasie odbyłam 3 rozmowy ze ‚starszym partnerem’ z haeru i 2 z szefową. Najwyżej skończy się to w sądzie pracy, choć nie jest to nic poważnego, ale jestem na to gotowa.

****

Tak mnie zmiędliła praca, że poszłam pobiegać (pobiegłam? 🤔 Szerokie zielone aż po horyzont zawsze uspokaja. I był nawet konik😊

Dziś dla odmiany …

… leje.

Przeokropne strugi wody spływają z nieba, ale mi akurat dzisiaj to nie przeszkadza, bo wiedząc, że zapowiadają Armagedon pomyłam wczoraj okna.

‘Ana, ty jak prawdziwa Irlandka’ stwierdził ulubiony sąsiad, kiedy zapytał, czemu myję okna, a ja odpowiedziałam ‘bo jutro będzie padać’. Tak oto odwaliłam przed-ostatnią pracę wakacyjną pracę przed przyjazdem chłopaków, którzy mają się pojawić z moim bratem w czwartek w nocy.

Ostatnia praca to malowanie korytarza, zostały tylko dwa dni, więc nie wiem, czy zdążę. Trochę mi się przedłużyło, bo nie mogliśmy zdecydować się na kolor (zielony – ja, taki irlandzko zielony, ciemna żywa leśna zieleń, albo jasny, mój mąż – BURACZKOWY O_O, to już wolę granatowy, taki, jaki był, BURACZKOWY do mnie NIE PRZEMAWIA, mąż przekonuje, że będzie pięknie, ale my NIC nie mamy buraczkowego, mąż mówi ‚to sobie kupimy!’. No nie wiem. W końcu, kiedy wytłumaczył mi, że bardziej chodzi mu o taki burgundy zaczęłam patrzeć trochę łaskawszym okiem, ale tylko jednym.)

Dalej leje. Byłam dziś na godzinnej obserwacji, na ostatniej wizycie czułam się jak wystający samotny ząb, jak źdźbło w oku, jak kwiatek do kożucha, potem przemieliłam swoje uczucia ze Śmiesznym Dziadkiem, znowu podczas spisywania obserwacji, a potem jeszcze na seminarium i dodatkowo wieczorem chciałam przegadać z Mi, który jednakże się nie dał, bo chciał sobie wieczór spędzić z muzyką i książką. Poczułam się opuszczona i smutna, niemowlak mnie najwyraźniej pozamiatał. Tak się musiałam straumatyzować, że dziś pomyliłam kierunki autostrady i pojechałam na południe zamiast na północ (nieświadomość potrafi nie takie sztuczki robić, hehe), pół godziny zabrała mi nawrotka, ale dzięki temu spędziłam tam tylko 45 minut;)

Ale dziś było lepiej. Przekonałam się, że łatwiej jest jak nie przyjmuję kompletnie blank slate, jak to mówią, nie tak, żeby zaraz z mamą urządzać sobie pogaduszki, ale wymiana paru zdań ociepla atmosferę i przestaję się czuć dziwacznie.

Dobry człowiek

Róża chyba uratowana, nie dawała już rady w donicy, przesadziłam ją pod murek, tam, gdzie wcześniej mszyce zjadły Honeysuckle i zaczęła już wypuszczać nowe pędy. Jest to róża cenna, bo kradziona, gałązka odcięta bez pozwolenia od najpiękniej kwitnącej róży na Emmet Road po włożeniu do ziemi wypuściła korzenie i zaczęła rosnąć na potęgę, ta odcięta z pozwoleniem dawno zmarniała.

W środę rano przyjechały cztery radiowozy, pies i dziesięciu gardziarzy. Aresztowali naszego sąsiada z domu na wprost, mojego mechanika rowerowego. Nie naprawiał już rowerów od jakiegoś czasu, czasem zgodził się od niechcenia zmienić oponę albo spojrzeć na hamulce, ale widać było, że nie ma już tej pasji. Entuzjazm i pasję zostawił na handel dragami, jak się okazało. Rok temu kupił sobie stary biały samochód dostawczy, który postawił na chodniku przed swoim domem, bardzo mnie kłuł w oczy ten samochód, bo przeszkadzał mi w wyjeżdżaniu na ulicę i był brzydki jak noc, miał jakiś taki złowieszczy wygląd. Sąsiad sprzedał mi wersję, że trzyma tam rowery które naprawia, bo ktoś mu się ostatnio włamał na posesję. Okazało się, że dostawczak pełnił funkcję parawaniu i magazynu na dragi, często przyjeżdżały do sąsiada jakieś samochody, parkowały obok i podejrzane typki załatwiały jakieś interesy, ale tu każdy wygląda na podejrzanego typa, więc nie zastanawiałam się nad tym za bardzo, co więcej, nic by mi nie przyszło od tego zastanawiania, łyknęłam zatem wersję, że to po rowery i to mi wystarczyło.

W jego domu znaleźli trawę, kokainę, tabletki i heroinę warte koło 400 tys. euro, podczas przeszukania były w nim obecne jego małe dzieci:(

A najgorsze jest to, że był to całkiem miły sąsiad. Wyprowadzał swoje dzieci na spacer do parku i odprowadzał do szkoły, ma ich trójkę, z czego najstarsze z dość ciężkim autyzmem. Był jedyną osobą, która się wyraźnie dziećmi opiekowała, jego żona/partnerka prawie nie wychodzi z domu, jest jeszcze teściowa, która wydaje się najbardziej ogarnięta, ale raczej jest od zakupów i załatwiania spraw. Bardzo smutna sprawa, zastanawiam się co teraz będzie z dziećmi, będą tkwić w domu przy telewizji cały dzień:( Najstarszy ma 8 lat, ale dzięki autyzmowi raczej nie będzie wiedział o co chodzi, ale młodsze – sześcio i czteroletnie – pewno gdzieś w szkole usłyszą, pewno się będą wstydziły.

Nie zrozumcie mnie źle, oczywiście, że dobrze, że go zamknęli, jeśli handlował, zwłaszcza tuż pod moim nosem! tak sobie tylko rozmyślam, że człowiek to taka niejednoznaczna istota, można być dobrym i złym równocześnie. Podejrzewam, że nie był zaawansowanym mafiozem, nie wyglądał, nie zachowywał się, był taką właśnie osobą na niskim/średnim szczeblu hierarchii do odstrzelenia, do podsunięcia policji, jeśli potrzebna jakaś ofiara. Zastanawiam się, co sobie myślał, handlując w swoim domu z małymi dziećmi, czy planował tak zarabiać do emerytury? Czy myślał, że mu się uda nikomu w drogę nie wchodzić i spokojnie uprawiać swój biznes na boku? Czy planował jeszcze tylko ten raz, jeszcze tylko się odkuć i skończyć? Może zarobić na wakacje i się wykręcić?

Nasz ulubiony sąsiad z boku, ten, który ma nasze klucze, powiedział mi, że wiedział od roku, ale jak mieszkasz w takim miejscu całe swoje życie, to wiesz, że z takimi rzeczami nie idzie się na gardę, jeśli nie chcesz mieć kłopotów. Prawo dzielnicy jest proste: kapusie nie mają życia.

Zastanawiałam się, czy ja bym zadzwoniła na policję, jeśli byłabym pewna. Nie wiem, nie ufam policji, może na anonimowy numer? Na pewno zadzwoniłabym, gdybym podejrzewała przemoc, szczególne wobec dzieci, ale on był takim dobrym ojcem…

Summer Party

A jednak udało sie nam w sobotę trafić na Summer Party. Myślałam już, ze słabizna, nic z tego nie będzie, bo kto to widział samerparty kiedy jest 15 stopni i leje, nawet ja, wielka amatorka sentymentalnych spotkań i romantyzmu społecznego prawie że się poddałam. Zaczęłam kichać, było mi zimno i smętnie wygladałam resztek entuzjazmu na dnie duszy. A na dodatek Mi i Mo wrócili z Dublin Pride przemoknięci, zziebnięci i zmęczeni.

Ale Mo, fanka wszystkich imprez, wyjść i szaleństw, prawdziwa party girl, nie odpuściła. Musieliśmy iść. Planowaliśmy wpaść na godzinkę, pokazać się, przywitać, porobić dobre wrażenie i wrocić do domu.

A na miejscu przyjęcie mnie zaczarowalo, bo czasem, a już szczególnie latem, człowiek moze trafić na taką czarodziejską atmosferę, zwłaszcza, kiedy się nie nastawia i nie spina. Była jakaś właściwa mieszanka różnych charakterów, dzieci i dorosłych, a każdy uradowany, że wakacje się zaczęły, że lato, że nareszcie, że może nawet wyjdzie słońce, każdy przyniósł jakieś danie, jakiś alkohol albo orenżadę, albo Guinnessa choćby i 0%, nie ma znaczenia i tak staliśmy, gadaliśmy, jedliśmy, wyszło słonce, dzieciaki szalały boso po mokrej trawie, na trampolinie i na huśtawkach, pachnący groszek pachniał upojnie, winorośl na pergoli udawała, ze jesteśmy w Grecji, pomidory w szklarni udawały, że w Hiszpanii, ludzie za to na chwilę przestali udawać, poluzowali apaszki i kołnierzyki, pan domu grilowal hamburgery, a nie ludzi, pani domu polewała wino. Było cudnie, luzacko, trochę hipisiarsko, stary Irlandczyk uczył tańca irlandzkiego młodą dziewczynę z Brazylii, która prosiła mnie, żebym jej pokazała kroki polskich tańców ludowych, w ogrodzie student z Japonii dyskutował ze studentem z Turcji, a ja odkryłam, że z jedną mamą z Mo klasy całkiem fajnie się rozmawia.

Mo o dziewiątej wieczorem wysiadł bezpiecznik i szalona zabawa skonczyła się płaczem, więc pojechalismy do domu, może to i dobrze, bo już mnie kusila druga butelka cydru.