Dublin Pride a Miś Uszatek

Dublin Pride w deszczu. Wysłałam delegację, Mi zgłosił się na ochotnika i ogarnia trzy tematy: Pride, Palestynę i Travellersów, bo idzie w marszu w bloku Palestyńskim i Travellerskim. Od kiedy zaczełam studiować, Mi reprezentuje mnie na wszystkich ważnych wydarzeniach, ale moje serce aktywistki ma wyrzuty sumienia.

Dziś Dublin Pride obchodzi 50-cio lecie i tak sobie myślałam, jak trzeba było być odważnym w 1974 żeby demonstrować i maszerować – na taki gest zdobyło się wtedy tylko około pięćdziesięciu ludzi całej Irlandii. Nie dziwię się, skoro katolickie do szpiku kości państwo traktowało homoseksualism jako przestępstwo aż do 1993. Wprawdzie już ludzi nie wsadzano do więzień (jak na przykład Oskara Wilda sto lat wcześniej), ale bycie gejem było dalej ogromnie stygmatyzujące. Jeszcze w końcówce lat 80′ w badaniach MacGreila geje jako mniejszość byli na samym dole hierarchii mniejszości (przed nimi Travellersi, za nimi tylko bodajże alkoholicy), ale już w badaniach w 2009 byli akceptowani w takim samym stopniu, jak Amerykanie i Brytyjczycy. Travellersi są dalej na samym dnie, nawet po alkoholikach (po nich tylko muzułmanie i narkomani)*.

Obecna Pride jest ogromna, skomercjalizowana, uładzona, nie ma już żadnych ekscesów ani szaleństw, biorą w niej udział wszystkie większe firmy i organizacje. Na budynkach rządowych są namalowane tęcze, w oknach wiszą tęczowe flagi, wielu pracowników korporacji dostało tęczowe ‚smycze’ na karty lub opaski na ręce. Jest to mocny argument przeciwko opinii, że gejów powinno się tolerować, ale nie wtedy jak się afiszują – chyba nie ma większego ‚afiszowania się’ niż 750 tysięcy maszerujących w obecnym marszu, ale instytucjonalizacja marszu spowodowała, wbrew obawom czy zniesmaczeniu, że stał się on bardzo uładzony, zde-seksualizowany, jak telewizja śniadaniowa w której na próżno wyczekiwać pełnego pasji pocałunku dwóch facetów, nie mówiąc już o przysłowiowym piórku w dupie. Im bardziej się afiszują, tym mniej skrajnych, ekscentrycznych postaw, tym bardziej waniliowe to afiszowanie, jak w dziecięcych dobranockach Miś Uszatek trzymający się za ręce z jednym z Królików.

I nawet nie pasuje, żeby napisać ‚popieram’ – bo co tu w sumie można popierać? Orientację seksualną?

Jedno z najlepszych wyjaśnień o co chodzi z tą homofobią

*Prejudice in Ireland Revisited with the Survey and Research Unit, St. Patrick’s College, Maynooth (1996) & Pluralism and Diversity in Ireland: Prejudice and Related Issues in Early 21st Century Ireland (2012).

Ten czerwiec

Upał w Irlandii. Słońce, okulary przeciwsłoneczne, spodnie lniane, mam ochotę jechać nad morze, teraz, zaraz, natychmiast, zamiast do domu. Właściwie co mnie powstrzymuje? Mi w pracy, a Mo w szkole i wydaje się to jakieś takie niesprawiedliwe, żeby po prostu pojechać nad morze, tak z głupia frant, tylko dlatego, że mam wolne i świeci słońce. Ale czy może być LEPSZY powód?

Lecz zamiast tego siadam w cafe i spisuję pierwszą wizytę w domu infanta.

Adek złożył magisterkę. Mam jedno dziecko dorosłe. Na koniec go oświeciło i dopisał dziesięć stron, bo tydzień temu miał tych stron tylko jedenaście i żalił się, że nie wie, co jeszcze wcisnąć. Nie wiem, czy jestem dumna, raczej czuję ulgę, że doprowadził do końca coś, co zaczął, a właściwie, co my zaczęliśmy. Że oto dziś

prawie dwadzieścia lat odpowiadania na pytania ‚ale dlaczego muszę chodzić do szkoły? Ale dlaczego muszę się tego uczyć, jak mi się to do NICZEGO nie przyda?!’ się skończyło. Wiem, że szkoła jest gópia, a edukacja to coś więcej niż chodzenie na lekcje, ale domowe nauczanie jawiło (i nadal jawi) mi się jak jakaś wymyślna forma tortur dla rodziców, podziwiam tych, którzy dają radę – ja musiałabym mieć pistolet przy głowie, żebym bawiła się w nauczanie i pilnowanie! mojego własnego dziecka. Dumna jestem tylko z tego, że nigdy nie miał żadnych korepetycji, oprócz tych, które sam dawał. (O przepraszam, wróć – jako, że zdawał polski na maturze w Irl, wykupiłam mu trzy godziny z nauczycielem języka polskiego. Napisał wypracowanie na 1 stronę i powiedział, że po co więcej, skoro napisał wszystko, co trzeba).

Ale od teraz jest sobie sam odpowiedzialny za swoje życie, sam sterem i okrętem i jak sobie pościele i tak dalej. Teraz może robić wszystko to, co chce, bez żadnego tłumaczenia się nikomu. Niech świat mu stoi otworem i to nie tym dolnym. Czuję ulgę, myślę, że będzie miał łatwiej niż mieliśmy my, bo studiował nauki ścisłe po angielsku, a z takim kapitałem (kulturowym) ma szansę na życie dostatnie i wygodne. Na dobre będzie musiał sobie zasłużyć.

Spotkałam się dziś z mamą, która zgodziła się wziąć udział w moim Baby Obs, co raduje mnie niezmiernie. Kciuk Salmiakow nie opalony, ale poskutkowalo😊 Dziecko jest przesłodkie, śliczne i najpiękniejsze na świecie. Jeszcze tylko prowadząca seminarium musi przyklepać i ahoj przygodo! Zacznę się zanurzać w prymitywny świat niemowlęcia. Jak ktoś jest ciekawy co to jest ta obserwacja, to tutaj artykuł o początkach. Jeśli ktoś słyszał o teorii więzi Ainsworth i Bowlbiego, to warto wiedzieć, że powstała ona właśnie na podstawie takiej właśnie obserwacji.

Ten czerwiec. Jest mi ciepło. Grzeję się.

Na zapas.

Do zniknięcia

Widać, że wróciłam, bo nie piszę.

U rodziców jest mi tak refleksyjnie, wystarczająco spokojnie, żeby mieć potrzebę pisania.
U siebie wpadam w wir zajęć, prac i rozrywek i objęć rodziny, że trudno mi usprawiedliwić przed samą sobą potrzebę pisania.

Rok akademicki za nami, w zeszłym tygodniu ostatnie Rady Egzaminacyjne i teraz wszystko powoli zwalnia, więc może nareszcie będę miała trochę czasu. A może nie, bo jak tylko mam wolną chwilę, to muszę sobie wymyślić zajęcie. Wróciłam we wtorek wieczorem i już w środę miałam całą stronę A4 rzeczy do zrobienia, zanim zacznę prawdziwe wakacje. Podłączyć umywalkę w łazience, pomalować deski przypodłogowe, pomalować drzwi i korytarz, umyć i poodkurzać samochód, przesadzić różę, doprowadzić do porządku chociaż frontowy ogród, mogę tak w ciągnąć bez końca.

Ale łazienka już skończona i to jest wielka dla mnie ulga. W sobotę w końcu przyszły odpowiednie kabelki i podkłączyliśmy wodę, bo oryginalna rurka miała zjechany gwint i ciekło. Umęczyłam się z tym okropnie, bo te śruby do kranu i rurki z wodą są w takim miejscu, że przykręcanie ich to koszmar, ale przy okazji weszłam w fascynujący świat hydrauliki i wiem jak to wszystko działa – czy wiecie, że syfon wynaleziono w 1775, kiedy zakładano kanalizację w Londynie i strasznie śmierdziało z rur? Ten typ syfonu używa się do dzisiaj, choć nie jest taki efektywny jak nowszy, bo w starym zdarzało się, że woda spływała i zapachy przedostawały się do mieszkania.

Jeszcze czeka mnie pierwsza prawdziwa kąpiel w wannie, taka z książką i chciałam napisać ‚bąbelkami’, ale nie lubię kąpać się w pianie.

Zaolejowałam też parapety, po raz trzeci. Pięknie wyglądają, ale niestety bez lakieru mam wrażenie, że są bardzo delikatne, wiec chcę je co najmniej cztery razy zaolejować. Robi się to prosto i szybko, tylko przez jeden dzień śmierdzi, więc ciacham sypialnie rano, a duży pokój wieczorem, coby przez noc wywietrzało.

W dotyku delikatny i piękna struktura drewna na wierzchu
Tu świeżo olejowany w dużym pokoju

Dalej czytam, co mnie cieszy. Mi mówi, że nie umiem odpoczywać, a książki zawsze wywołują we mnie poczucie winy, odwrotnie proporcjonalne do lekkości lektury. Książki duże i trudne kładą sie lekko na sumieniu, ale książki lekkie i przyjemne – wiszą kamieniem u szyi. Bo czytać uwielbiam.

Ale dzielnie brnę przez Żulczyka teraz, dając sobie prawo do zaczytywania aż się do zniknięcia – co było moim ulubionym zajęcie w dzieciństwie. Chowałam się w kącie z książką i znikałam. Żulczyk dobrze pisze, za dobrze, żebym nie miała wyrzutów sumienia, ale kiedy nie czytam czuję, że mój język polski więdnie i usycha.

Będę tęsknić

U rodzicow
U brata

28 stopni dziś, będę tęsknić, ale nie za upałami.

Za zapachami tak.

Za przedwieczorem i  snem jak u dziecka, bez odpowiedzialności i poważnych decyzji, z poczuciem, że jestem gdzieś w głębi trzewi Matki Ziemi, gdzie pasuję jak klocek tetris. Za poczuciem, że już nie muszę stawać na palcach, wszystko jest proste jak warzywna zupa i wszystko jest darem, jak malinki z działki.

Wracam

Jutro już Dziś wracam do Irl. Jeszcze mi nie jest smutno, ale będzie. Już jest mi smutno.

Mamunia lepiej. W piątek pan Michał, który by umałą z grobu powstał, spionizował mamunię i stała przy chodziku. Słabo, przechylona, ale jak wielki to sukces wie tylko ten, który widział bezwładne ciało w łóżku. Jest też silniejsza, co oznacza, że też bardziej się rządzi i ma ciągle zachcianki, ale wiadomo, że to dobrze. Choć męczące. Zwłaszcza dla rodziny😁. Ma też super apetyt. Wychodzi na to, że infekcja ją osłabiała, a teraz wróciła do formy. Najbardziej upierdliwe są sprawy toaletowe, nie będę podawać szczególów, ale każdy kto się starszym człowiekiem opiekował wie, jakie to trudne.

Cukrzycy nie mam, mierzę sobie teraz cukier wte i wewte i mam za dobre wyniki na cukrzycę. Ale rozchwiany metabolizm glukozy/wydzielanie insuliny na pewno – kłaniają się ciasteczka przed snem, herbatka jak ulepek i ziemniaczki. Ale od kiedy wyleczyłam sobie RZS dietą*, wierzę w dietę, wiec się nie przejmuję.

Odpoczęłam w Polsce. Zajęłam się trochę sobą. Miałam czytać na studia, ale na studia nie zrobiłam NIC, widocznie potrzebna mi była przerwa. Karmiłam (i przewijałam mamunię), tato oczywiście narzekał, że wszyscy tylko się mamą zajmują, więc musiałam też trochę jemu zacząć gotować, a przy okazji samej sobie kupowałam i gotowałam fasolki, cukinie, maliny, truskawki, arbuzy, młode kapustki, koperki, pietruszki, ogórki małosolne, borówki, jagody, jeżyny.

Czytałam książki. Wysypiałam się i uwierzyłam w moc snu. Nagadałam się z rodziną i najlepszą przyjaciółką.

Znowu zaczęłam biegać.

A co najważniejsze, byłam w moim sekretnym miejscu na ziemi, chętnie zostałabym tam więcej niż jedną noc, ale nawet ta jedna przesiedziana do rana była jak szklanka czystej wody, kiedy chce się pić.

*oczywiście, że nie wyleczyłam, bo przeciwciała mam i będę miała, ale jestem w tej szczęśliwej grupie 5% ludzi, którzy nie mają żadnych objawów. Od czterech lat, chodzę tylko na kontrolę co roku i lekarze kiwają głowami ‚jest pani w remisji, ale jak coś by sie zaczęło dziać, to prosze dzwonić’.

Powinnam nieżyć, ale jak się człowiek uprze

Jak na wariata przystało, mierzę sobie obsesyjnie poziom cukru, i oto cuda- dziwy, panie!

Nie mam cukrzycy, ale na pewno mam zaburzony metabolizm glukozy, nie wiem jeszcze co to oznacza. Jak przyjechałam do Pl i się nie przejmowałam dietą, na czczo miałam 105 mg/dl (stan przedcukrzycowy), kiedy zaczęłam jeść właściwie (a co to oznacza będzie niżej), to wczoraj rano miałam poziom 49 mg/dl 😱. U mojego taty byłby to alarm i zagrożenie życia dr, ja się czułam w miarę ok, tylko głodna. Kiedy z mamą pojechałam do szpitala i czekałyśmy parę godzin na głodniaka, po powrocie miałam zbyt niski, żeby w ogóle aparat zmierzył, co według instrukcji oznacza 20 mg/dl – powinnam już nieżyć, więc zwaliłam to na błąd pomiaru. Ale dziś skalibrowałam z ojca aparatem pomiaru ciągłego poziomu glukozy i okazało się, że mój glukomentr mierzy dobrze 🤔 (ojciec miał powyżej 240 na obu aparatach, drobne różnice wynikające z tego, że jeden mierzy wartość w naczyniach włosowatych, a drugi w płynie śródtkankowym). W międzyczasie, kiedy nie kontrolowałam diety, miewałam nawet powyżej 200 – u zdrowego człowieka nie powinno być wyżej niż 160 mg/dl po posiłku.

Jest glukometr, jest zabawa🙂 Mierzę sobie parę razy dziennie, bo jak wiadomo uwielbiam zbierać dane i dowiaduję się ciekawych rzeczy. Kiedy cukier jest wysoki, chce mi się spać i zupełnie nie mam energii. Dobrze się czuję z niskim, właściwie nawet jak miałam 65 bylam całkiem do życia, choć pewno wynik nie jest najlepszy.

Ale mam złą wiadomość dla takiej jednej – najlepiej reguluje się cukier bieganiem (czytaj ćwiczeniami fizycznymi), a zatem zaczęłam znowu biegać. Jest to jakiś mechanizm poza insulinowy uwrażliwiania komórek ciała na cukier, który zaczynają pobierać, żeby nie umrzeć z głodu. Krótki bieg i człowiek czuje się jak nowo narodzony:)

Jak jeść? Osoby z cukrzycą chyba to wszystko wiedzą, ale dla mnie to rewelacja, która potwierdza to, co od jakiegoś czasu już podejrzewałam. Kiedy przeszłam na moją dietę anty-auto-immunolo i zjadałam kopy surówek z jakimś mięsem/rybą na dzień dobry, czułam się świetnie. Potem, kiedy się okazało, że nie reaguję mocno na różne węglowodany, zaczełam sobie pozwalać na ziemniaczki i pieczywo bezgluta, a nawet ciacha i ciasteczka 😁. Szczególnie wieczorem – potrafiłam pochłonąć pół paczki Jaffa cakes (jak nasze polskie delicje).

Obecnie wracam do prehistorii i znowu warzywa, warzywa, warzywa. Teraz jest fajnie, bo jestem w Polsce i jest (prawie) sezon – cukinia, seler, fasola jaś, sałaty, rzodkiewka, pomidory, kalarepka, szparagi i FASOLKA SZPARAGOWA, FASOLKA SZPARAGOWA, FASOLKA SZPARAGOWA. Okazuje się, że uwielbiam warzywa, szczególnie z masełkiem, koperkiem, czosnkiem, oliwą z oliwek, mogę tego jeść na kopy.

Zaraz sobie kupiłam Glukozową Rewolucję, skusiła mnie w Empiku, tutaj Gosia pisze, żeby podchodzić rozważnie, bo to nie jest źródło naukowe, ale mnóstwo rad konkretnych, prostych i do wprowadzenia od zaraz. Jako, że mam glukometr to sobie mierzę i porównuję z tym jak się czuję. Nabożnie nie traktuję żadnych poradników, a rady ‚warzywa najpierw, dużo warzyw, jeszcze więcej warzyw i wysiłek fizyczny’ to banał, i może dlatego tak mi się podoba, bo jak wiadomo, lubimy te piosenki, które już znamy.

Mamunia leży

Z mamą słabo. Leży, nawet nie siedzi, nie zgina nóg w kolanach, nie chce ćwiczyć, bo wszytko boli. Jest słaba. Teraz ma prawdopodobnie jakąś infekcję dróg moczowych, siostra mówi, żeby zmuszać do ćwiczenia, ale jak zmuszać, jak ją boli i jest słaba? Czy ja bym ćwiczyła z zapalenienim nerek?

Kiepsko to wygląda. Jestem pełna wątpliwości. Jak nie zmuszam, to czuję się, że olewam i przez moje lenistwo mama może już nigdy nie stanie na nogi. Jak zmuszam, to jakbym ją torturowała, bo bardzo boli. Jestem tu tylko dwa tygodnie i jak wyjadę, to już nic na to nie poradzę. Powinnam wykorzystać ten czas, żeby ją jak najbardziej usprawnić.

Mama nie zgina nóg w kolanach, kolana ją bolały już od dawna, nie siada, jak ją zmuszę do siadu, zgodnie z radami fizjo, to wisi tak smętnie podparta poduszkami. Nie wyciąga się do przodu, nie próbuje wstawać, jak ją sadzamy na łóżku bokiem, tak do wstania, to pręży się i wygina.

Słaby jest również z nią kontakt, jakby cały czas przebywała w swoim świecie, bardzo się jej pogorszyło od kiedy miała operację. Czy to narkoza, czy mikrowylew, bo musiała przestać brać środki na rozrzedzanie krwi do operacji, a bierze je na stałe, nie ma tu za bardzo znaczenia.

Jest jak szmaciana lalka, jakby opuściła ją cała energia życiowa. Już nawet nie domaga się radiamaryja, które siostra zmieniła na Radio Pogoda, kiedy już dłużej nie mogła wytrzymać. Już nie żąda oleju z pestek dyni, żeby sobie nim smarować całe ciało i brudzić wszystko zgniłozieloną mazią. Już nie awanturuje się, że chce kawkę/mleczko/czekoladkę, już nie krzyczy o 5 łyżeczek cukru do herbaty, grzecznie zjada to, co jest zdrowe i bez smaku, zgodnie z zarządzeniem siostry.

Ja wiem, że starzy ludzie ludzie umierają, ale może trzeba teraz walczyć o mamę? Cisnąć, żeby ćwiczyła? Czy tylko jej towarzyszyć?

Towarzyszenie jest bardzo medytacyjne, dawno tyle czasu nie miałam na czytanie książek i sen. Ale może robię błąd?

Siostra walczy. Obstawiła mamę suplementami, panią opiekunką i fizjo, mamy mamie dawać owoce, warzywa, zupy, do picia tylko wodę, każe mi aktywizować i uruchamiać. Jakby mama miała żyć wiecznie.

Ale może jeszcze może? Gdyby nie siostra, to już dawno mamy by nie było, tego jestem pewna.

Jeszcze w zeszłym roku była z nami nad morzem i jechała na motorze, mam zdjęcia. Wprawdzie już nie wchodziła do wody, ale siedziała sobie na leżaczku na plaży i wdychała jod. Teraz słabizna.

Gabinet Snu

Sypiam na poddaszu, na samej saminutkiej górze dużego domu, tipitop, jak mówi Mo. W pokoju obok odbywają się sesje terapeutyczne, ale to w ciągu dnia.

W pokoju jest pusto, tylko mój materac i pościel, cisza i spokój, dużo przestrzeni gdzie mogą się rozpościerać moje sny. Może dlatego tak mi się dobrze śpi. Rano przychodzą pacjenci do gabinetu obok, wtedy muszę albo opuścić pokój wcześniej, albo siedzieć ciuchutko przez godzinę i wynurzyć się po skończonej terapii. Tak się umówiłyśmy.

Przez okno na poddaszu widać czerwcowe niebo, chmurki jak z Magritta. Cały dzień spędzam z rodzicami na samym dole, a kiedy pod wieczór idę na górę biorę ze sobą tylko telefon, dwie książki, zatyczki do uszu i krem do rąk. Zatyczki odcinają mnie zupełnie od świata codzienności, ulicznych hałasów i piszczenia bramy wejściowej. Trochę czytam, a oczy same mi się zamykają. Skończyłam Mireczka, teraz czytam Żar. Obie rewelacyjne, więc zaraz żałuję, że odpływam.

Ale odpływam. Na usprawiedliwienie mam prawie 400 stron w książce o śnie, mpje kolejne odkrycie. Czy wiecie, że cukrzyca i autyzm są powiązane ze snem? Przy niedosypianiu wzrasta ryzyko cukrzycy, a autyzm jest skorelowany z redukcją fazy REM. Książka upewnia mnie, że muszę, a nawet powinnam spać, podparta zatem poduszeczką taką, jak lubię i autorytetem naukowym wkraczam w krainę Freuda, powoli rozpościerając fale mózgowe na całe poddasze.

Tu nie słyszę wołań mamuni od piątej rano, regularne jak w zegarku „Ania! Ania! która jest godzina!” ani wstawania taty do toalety, też parę razy w równych interwałach. Mamunia i ojciec zaraz znowu zasypiają, a ja zwyklam bujać się wściekła i niewyspana do rana.

Okazuje się, że niedospanie jest prawdziwą zmorą nie tylko moją – podobno dwie trzecie dorosłych w krajach rozwiniętych nie śpi zalecanych ośmiu godzin dziennie (Walker, 2019, s. 1). A ułamek ułamka procenta to ludzie, którym wystarcza mniej niż sześć godzin snu – Walker pisze, że jest bardziej prawdopodobne, że trafi was piorun, niż, że jesteści ludźmi, którym wystarcza pięć godzin snu.

Dobranoc państwu:)

Love Poland

Polska w czerwcu jest piękna. Pachnie, bzyczy, grzeje, cieplutko, przyjemnie. I takie mnóstwo warzyw! I takie owoce! Ach napawam się i zajadam.

Ale okazało się, że muszę uważać z zajadaniem, bo z ciekawości zmierzyłam sobie cukier i wychodzi na to, że mam stan przedcukrzycowy O_O Cukier na czczo 105, a po posiłku nawet doszedł raz do 217. Czyli kiepsko. Ech, wyluzowałam się z tą moją dietą, zaczęłam sobie pozwalać na to i tamto, a takie pozwalanie jak wiadomo zwykle kończy się źle. Ale w dietach mam przecież duże doświadczenie, nie jem już glutenu i nabiału, z kontrolowaniem cukru też sobie poradzę. Tato ma cukrzycę i prawdopodobnie przez wysokie cukry wszystko zapomina, pamięć krótkotrwała zmasakrowana cukrami zupełnie do kitu. Bardzo mnie to motywuje do zmiany tak zwanych nawyków żywieniowych, choć muszę powiedzieć, że upierdliwe jest to okropnie.

Przyjechałam do Polski opiekować się mamą, która po operacji biodra leży. Kiepsko to wygląda niestety, mama nie bardzo chce siadać, bolą kolana, boli skóra, boli całe ciało. Jest rekonwalescentką leżącą i mimo, że przychodzi do niej pan Michał, który by umarłą kobietę z grobu swoim seksapilem obudził (choć chyba jest gejem, ech niestety), to nie wygląda to dobrze. Mama powoli się odzwyczaja nie tylko od chodzenia, ale też od siedzenia i w ogóle aktywnego ruchu. Mózg zapomina wzorce ruchu, a jej się nawet gryźć nie chce. Zabroniłam tacie mielić zupkę na papkę, bo co to jest kurcze blade, jak przestanie gryźć, przestanie też mówić. Ciało nie chce już się wysilać i mózg też daje za wygraną.

Najsmutniejsze jest to odchodzenie umyłu. Okresy jasności przeplatają się z pomrocznością albo inną demencyjną cholerą, opowiada mi takie historie niestworzone, na szczęście nie napastliwe, tylko po prostu odjechane. Podaję jej leki, a ona upiera się, że jeszcze mam jej coś podać z szafki, wysypać jej na skórę i dać na prawy boczek, tak, że jej ma się ciepło zrobić na boczku i czerwono w buzi. O co jej chodzi nie wie nikt.

Ale mamusia pamięta kim ja jestem, gdzie mieszkam i jakie mam dzieci. A najbardziej pamięta, jak mnie uratowała w niemowlęctwie, jak bohatersko włamała się do szpitala i wyszarpała mnie śmierci. Choć krzyczy do mnie na przykład ‚Ania, Ania, jak lecę, muszę się położyć natychmiast!’, albo ‚co tutaj te roślinki kwiatuszki tak mnie oblazły, zupełnie nie mogę się ich pozbyć!’.

Na jedną noc wyrwałam się i udało mi się być w moim najbardziej ukochanym miejscu w Polsce, ale tym razem nie mam zdjęć ze skałek. Ale było ognisko, las, góry i rozmowa do białego rana, niestety wdaliśmy się z kolegą w dyskusję z rumem i jednym kretynem co głosował na Konfederację.