Szacun

Widzę, że już wszystkich zanudziłam tym remontem, my też już jesteśmy zanudzeni, żeby nie powiedzieć wykończeni. Piotrek staje na głowie, naprawdę, zaczynam podziwiać budowlańców.

Poszła jedna uszczelka w rurach do wanny i nas zalało, już sytuacja opanowana. Ale to nie była katastrofa, może taka mała katastrofka, a może po prostu zwykła upierdliwa usterka. Łazienka jest nadal piękna i lususowa, a zdjęcia nie oddają jej urody.

Ludziom się wydaje, że remonty to robota dla głupków, a ilość pracy konceptualnej która jest wliczona w taki mały remont jest ogromna. Ja sobie tylko wymyślam wzory kafalek, a Piotrek myśli, jak to zrobić, żeby się rogi zgadzały, żeby się wzór dobrze układał, żeby różne grubości kafelek nie były za bardzo widoczne, żeby rury nie wystawały, żeby wanna miała się na czym oprzeć, żeby kibelek nie zawadzał o drzwi, żeby parapet nie nasiąkał wodą i nie było spadu w stronę okna, a z kolei rura od kibelka żeby miała spad, bo wszystko musi ładnie spływać, żeby kable elektryczne były odpowiednio zaizolowane i nie szły koło wody, żeby parawan nawannowy był pod kątem prostym, mimo, że ściana jest krzywa, jak wyprostować ścianę, kiedy nie można na nią położyć płyty kartonowo-gipsowej, bo wtedy nie wejdzie nam wanna, bo łazienka jest taka malutka.

Wyobraźnia przestrzenna, geometria, matematyka stosowana, materiałoznawstwo, umiejętności manualne, a przede wszystkim dość abstrakcyjne myślenie przyczynowo-skutkowe, czyli co się stanie z B jak się zrobi A i co mogło się stać, jak się stało C, albo co zrobic żeby mieć A jak się ma B.

Na przykład kupiłam parapety – fun fact: po siedmiu latach industrialu będziemy mieć parapety, napawa mnie to niezmierzoną radością. Zmierzyłam długość, szerokość i grubość po ścianie (czyli ile było w wykuciu w ścianie – tutaj macie wyraźnie po lewej stronie, widać, że pasuje).

Znalazłam piękną, tanią, surową sosnę, pojechałam do marketu budowlanego, kupiłam i jeszcze pocięłam na miejscu. Dobrze, że wzięłam piłę elektryczną ze sobą, bo papraki nie chcieli mi pociąć deski czterometrowej i dali mi taką zwykłą piłę z ogromnymi zardzewiałymi zębami O_O. Pocięte przywiozłam sobie do domu i codziennie patrzyłam się na te parapety i zachwycałam jakie są piękne i jak łatwo mi poszło i jak sobie poradziłam i jaka jestem dzielna.

Aż przymierzyłam do okien i okazało się, że okna się nie otwierają.

Bo deski są za grube. Nasze okna bowiem mają taki spadek – z uwagi na ocieplenie są włożone trochę dalej niż stare okna, czyli siedzą na dawnych parapetach zewnętrznych, które są trochę niżej, a to powoduje, że parapety wewnętrzne muszą wchodzić na skos i wtedy się nie mieszczą, więc wykucie w murze nie daje pełnego obrazu, jeśli wiecie o czym mówię.

No i dupa blada, czasu za bardzo nie mamy, żeby kupować nowe, nie ma też za bardzo wyboru, bo jak są różne szerokości akurat sosnowych, to grubość jest standardowa, a muszą być sosnowe, bo mamy drewniane okna i drewnianą podłogę.

Powiedziałam o tym Piotrkowi wieczorem, łącznie z jedynym rozwiązaniem jakie mi przyszło do głowy – czyli, że ja poszukam innych parapetów, a on przyjedzie je zrobić później, kiedy będzie mógł.

Piotrek włączył sobie myślenie na noc, a rano wstał i dał mi do wyboru dwie opcje. Pierwsza – skuje nadporoża wnęk okiennych, ale to lity beton, musi kątówką naciąć, będzie straszny pył i brud i koniec świata i trochę czasu mu to zajmie.

Opcja druga – weźmie parapety, pojedzie do Waterford, gdzie ma dostęp do warsztatu i na maszynie obrobi je trochę tak, żeby pasowały. Ale to też będzie cały dzień.

Już się skłaniałam ku opcji drugiej, kiedy wpadł na trzecią: jeśli mu kupię obrabiarkę do drewna z odpowiednim ostrzem (koszt 100 euro), to mi to zrobi sam, w jeden dzień, łącznie ze wstawieniem parapetów.

No i teraz mam i obrabiarkę i parapety.

(Sosna jest jasna, ale ściemnieje).