Właściwie od samego początku wiedzieliśmy, że będziemy musieli zrobić trzy rzeczy w naszym domu: łazienkę, kuchnię i elektrykę.
Wszystkie te sprawy trzymały się na słowo honoru i stopniowo niektóre przestały się trzymać – prysznic zaczął przeciekać, fronty szafek w kuchni odpadać, blat pleśnieć od spodu, prąd do kuchni, przecięty przez pierwszą ekipę i pociągnięty na kablu od kontaktu, też nie jest jakimś wielkim pewniakiem. Na dodatek od siedmiu lat nie mamy parapetów, nie wydawały się niezbędnie konieczne, a że mamy edukacyjne priorytety, to cierpiały parapety.
Ale łazienka jest położona dokładnie nad naszym dużym pokojem i kiedy pojawiły się żółte plamy na suficie sprawa przeszła z folderu ‚pilne’ do ‚okropnie pilne’. Szczęśliwie zaciekało pod kaflami prysznica, a nie pod kibelkiem😅 i jeszcze dwa lata temu dzielnie przykleiliśmy kafle na klocki lego i zalepiliśmy silikonem wszystkiem możliwe dziury:


Niestety, stropy mamy drewniane, w podłodze idą kable elektryczne, więc wszystko to groziło jakąś piękną katastrofą w najbliższej przyszłości.
I oto Kasia Freya, znana tutaj niektórym blogowiczom, w jakiejś rozmowie kiedyś wspomniała, że ma przyjaciela, który zajmuje się remontami. Piotrek, nazwijmy go tak chroniąc dane osobowe, ma długie kolejki do swoich remontów, bo robi porządnie, szybko i taniej, niż Irlandczycy. Poprosiłam Kasię, żeby nas zapisała do Piotrka, bez pośpiechu, z jakimś rocznym czasowym horyzontem. Piotrek odezwał się chyba miesiąc później – były to bodajże wakacje, albo tuż przed – że właśnie ma okienko i czy chcemy.
Chcieliśmy bardzo, ale się nie składało – a to my jechaliśmy na zaplanowane wakacje, a to jemu się robota w październiku przesunęła, tak, że był dostępny dopiero w listopadzie, a to mi akurat wtedy zaczynał się gorący okres w pracy i na studiach.
W miedzyczasie Piotrek przyjechał z Kasią, oglądnął łazienkę, posłuchał o moich marzeniach (WANNA Z PIANĄ) i strwierdził, że się da. A nie było to takie wcale pewne, bo łazienka ma – uwaga, niespodzianka – 1.50 na 1.80m. A ja niestety pragnę mieć wszystko: wannę, umywalkę i kibelek, bo trudno bez kibelka. W dodatku ta mikroskopijna oaza jest naszą JEDNYNĄ TOALETĄ w domu.
Po paru niespodziewanych zwrotach akcji – w czasie, kiedy Piotrek już miał zaczynać, akurat przyjechał Adek, i to w swoje urodziny, miał być tylko jeden dzień, więc przesunęliśmy remont, a potem odwołali synkowi loty do Paryża, więc jeszcze kolejne dwa dni – wreszcie w ubiegły czwartek przywiozłam Piotrka z pięknego miasta Waterford.
Odpoczął sobie cały czwartek wieczór, a w piątek wieczorem CAŁA ŁAZIENKA BYŁA już ZDEMOLOWANA.
Najmocniej trzymały się klocki Lego:

Piotrek pracuje jak jakaś AI budowlana, od 8 rano często do 8 wieczorem. Wczoraj do 9, bo chciał skończyć podłogę. Przerobił całą kanalizację, żeby zmieściła się wanna musiał przesunąć kibelek, rurki do kaloryfera i rurki z ciepłą i zimną wodą do wanny i umywalki. Tempo robót ma niesamowite, słucha jazzu przy robocie i można z nim pogadać o filmach Jarmusha.
Tylko Kasia mogła nam polecić takiego Piotrka, bo to postać jak z grafomanskiej powieści, gdzie się zdarzają cuda.