Dzisiaj odwiozłam Piotrka do pięknego miasta Waterford. Prułam autostradą w dwie strony, razem 300 km 😀 jestem z siebie dumna.
Ale nie lubię, nie ma jak nawet zmienić sobie muzyczki w aucie!
Odwiedziłam Kasię Fr. Pogadałyśmy sobie pół godzinki.
Remont (prawie) skończony, jeszcze tylko oszlifować i naolejować parapety i podłaczyć szafkę z umywalką. (i pomalować przedpokój, bo kupiłam Zupełnie Inną Farbę niż miałam w przedpokoju i jak mi Piotrek maznął, to teraz wygląda jak jasna cholera).
I posprzątać chałupę, bo burdel w domu nieziemski, jak to bywa – kurz, pył, gruz, wszystko pokryte białym nalotem. Podłoga w kuchni jest brudna nie do opisana (nigdy nie kupujcie farby do malowania kafli na podłogę – taka farba PRZYCIĄGA BRUD I GO PRZYKLEJA, dla odważnych jutro wkleję zdjęcia).
W szkole też koniec zapieprzu, oceny mają być wystawione do jutra rana. A zatem jeszcze dziś ostatnie poprawki, ale juhuhuhu właśnie skończyłam!
Jutro tylko dwie spóźnialskie będę musiała sprawdzić. Ale wreszcie.
Widzę, że już wszystkich zanudziłam tym remontem, my też już jesteśmy zanudzeni, żeby nie powiedzieć wykończeni. Piotrek staje na głowie, naprawdę, zaczynam podziwiać budowlańców.
Poszła jedna uszczelka w rurach do wanny i nas zalało, już sytuacja opanowana. Ale to nie była katastrofa, może taka mała katastrofka, a może po prostu zwykła upierdliwa usterka. Łazienka jest nadal piękna i lususowa, a zdjęcia nie oddają jej urody.
Ludziom się wydaje, że remonty to robota dla głupków, a ilość pracy konceptualnej która jest wliczona w taki mały remont jest ogromna. Ja sobie tylko wymyślam wzory kafalek, a Piotrek myśli, jak to zrobić, żeby się rogi zgadzały, żeby się wzór dobrze układał, żeby różne grubości kafelek nie były za bardzo widoczne, żeby rury nie wystawały, żeby wanna miała się na czym oprzeć, żeby kibelek nie zawadzał o drzwi, żeby parapet nie nasiąkał wodą i nie było spadu w stronę okna, a z kolei rura od kibelka żeby miała spad, bo wszystko musi ładnie spływać, żeby kable elektryczne były odpowiednio zaizolowane i nie szły koło wody, żeby parawan nawannowy był pod kątem prostym, mimo, że ściana jest krzywa, jak wyprostować ścianę, kiedy nie można na nią położyć płyty kartonowo-gipsowej, bo wtedy nie wejdzie nam wanna, bo łazienka jest taka malutka.
Wyobraźnia przestrzenna, geometria, matematyka stosowana, materiałoznawstwo, umiejętności manualne, a przede wszystkim dość abstrakcyjne myślenie przyczynowo-skutkowe, czyli co się stanie z B jak się zrobi A i co mogło się stać, jak się stało C, albo co zrobic żeby mieć A jak się ma B.
Na przykład kupiłam parapety – fun fact: po siedmiu latach industrialu będziemy mieć parapety, napawa mnie to niezmierzoną radością. Zmierzyłam długość, szerokość i grubość po ścianie (czyli ile było w wykuciu w ścianie – tutaj macie wyraźnie po lewej stronie, widać, że pasuje).
Znalazłam piękną, tanią, surową sosnę, pojechałam do marketu budowlanego, kupiłam i jeszcze pocięłam na miejscu. Dobrze, że wzięłam piłę elektryczną ze sobą, bo papraki nie chcieli mi pociąć deski czterometrowej i dali mi taką zwykłą piłę z ogromnymi zardzewiałymi zębami O_O. Pocięte przywiozłam sobie do domu i codziennie patrzyłam się na te parapety i zachwycałam jakie są piękne i jak łatwo mi poszło i jak sobie poradziłam i jaka jestem dzielna.
Aż przymierzyłam do okien i okazało się, że okna się nie otwierają.
Bo deski są za grube. Nasze okna bowiem mają taki spadek – z uwagi na ocieplenie są włożone trochę dalej niż stare okna, czyli siedzą na dawnych parapetach zewnętrznych, które są trochę niżej, a to powoduje, że parapety wewnętrzne muszą wchodzić na skos i wtedy się nie mieszczą, więc wykucie w murze nie daje pełnego obrazu, jeśli wiecie o czym mówię.
No i dupa blada, czasu za bardzo nie mamy, żeby kupować nowe, nie ma też za bardzo wyboru, bo jak są różne szerokości akurat sosnowych, to grubość jest standardowa, a muszą być sosnowe, bo mamy drewniane okna i drewnianą podłogę.
Powiedziałam o tym Piotrkowi wieczorem, łącznie z jedynym rozwiązaniem jakie mi przyszło do głowy – czyli, że ja poszukam innych parapetów, a on przyjedzie je zrobić później, kiedy będzie mógł.
Piotrek włączył sobie myślenie na noc, a rano wstał i dał mi do wyboru dwie opcje. Pierwsza – skuje nadporoża wnęk okiennych, ale to lity beton, musi kątówką naciąć, będzie straszny pył i brud i koniec świata i trochę czasu mu to zajmie.
Opcja druga – weźmie parapety, pojedzie do Waterford, gdzie ma dostęp do warsztatu i na maszynie obrobi je trochę tak, żeby pasowały. Ale to też będzie cały dzień.
Już się skłaniałam ku opcji drugiej, kiedy wpadł na trzecią: jeśli mu kupię obrabiarkę do drewna z odpowiednim ostrzem (koszt 100 euro), to mi to zrobi sam, w jeden dzień, łącznie ze wstawieniem parapetów.
Woda lała się po ścianie, a co ciekawe, przeciwległej do łazienki. Dlatego najpierw nie zajarzyłam co się dzieje i pobiegłam do sąsiada, że to od niego. Ale przytomnie od razu wyłączyłam korki.
Minęły już dwa tygodnie remontu, jesteśmy już wszyscy bardzo zmęczeni. Małe upierdliwości powoli nas zjadają – to mamy kibelek, to nie mamy i musimy sikać w ogrodzie do nocnika i wylewać do kanału, ostatni raz brałam normalny prysznic tydzień temu, na codzień myję się w misce jak nasze mamy i babcie, wszystko jest pokryte białym pyłem a w dużym pokoju ciągle są jakieś graty (blaty, kaloryfery, lustra, lampy, muszle klozetowe itd itp).
Każdy remont to taka mała katastrofa, jak wszystkim wiadomo, z takimi cholernymi męczącymi kur …niespodziankami, jak na przykład wczoraj kiedy Mi pojechał po blaty do Ikei i dzwoni, że blaty się nie zmieszczą do auta, wsadził jeden na deskę rozdzielczą i pękł mu ekranik. W końcu się zmieściły (ekranik był pęknięty wcześniej przeze mnie, o czym mu nie powiedziałam wcześniej), ale musiałam pojechać po niego taxi, bo blaty zasłaniały mu częściowo boczne lusterko i musiał go ktoś pilotować na autostradzie.
Albo dzisiaj, kiedy z głupia frant przymierzyłam do okien kupione i przycięte parapety i okazało się, że są za grube! Był tylko jeden wymiar grubości – 31 mm- na cztery rozmiary szerokości, więc nawet nie przyszło mi do głowy, że nie będą pasować. Jeszcze nie wiemy, co zrobimy, w najgorszym wypadku poszukamy nowych i Piotrek przyjedzie je założyć kiedy tam będzie miał czas w lecie. Albo będzie kuł, ale to lity beton. No i tak się bujamy od przygody do przygody, ale wiadomo, że już bym chciała, żeby się skończyło.
Tym bardziej, że mam jeszcze jeden esej na studia do oddania JUTRO oraz w pracy jest właśnie okres egzaminacyjny i do końca maja muszę wystawić wszystkie oceny, a ze sprawdzaniem prac jestem jeszcze w lesie.
A 28 maja lecę do Polski opiekować się mamą.
Gorąco sobie obiecuję, że już nigdy nie zafunduję sobie takiej kumulacji – nie muszę chyba dodawać, że Mo oczywiście była chora przez ostatni tydzień, w tym dwa dni z gorączką 40 stopni.
Uroczyście oznajmiam zatem, że pluję na kulturę zapierdolu, czniam na bycie busy busy busy, zwracam swój umysł ku refleksji i medytacji oraz wylegiwania się z książką beletrystyczną na czymkolwiek.
Jeszcze tylko lustro, kaloryfer, umywalka z szafką, kibelek, guzik do kibelka (dlaczego te spłuczki są TAKIE DROGIE??), wyciąg do prysznica, szafka, obraz na ścianę i śliczna durnostojka-mydelniczna na parapet.
Znowu dzień jak skarb, słońce, maj, zapachy, taki dzień do kolekcji jak muszla znad morza, a ja tkwię nad papierami. No muszę, niestety trzeba pracować, bo kredyt na remont się sam nie spłaci. Niestety. Ale na szczęście w nieszczęściu, albo nieszczęście w szczęściu, w sumie nie wiem jak o tym myśleć, Mo rozwinęła sobie w piątek przepiękną gorączkę 39.5 stopnia, więc i tak musielibyśmy siedzieć w domu, a zatem nie żałuję.
Łazienka posuwa się do przodu. Wygląda na razie trochę bleee, bo wzięłam sobie radę Marii Killam do serca, że kiedy wychodzisz ze sklepu z kafelkami i boisz się, że łazienka będzie nudna, znaczy to, że dobrze wybrałaś. Ciekawe kafle stają się narzucające po roku, po prostu irytujące po trzech latach, a po pięciu nie do zniesienia. (Uwielbiam te heksagony na podłodze, to było też moje małe marzenie). Ale teraz rozkminiamy czym przełamać tę biel – Mi chce fuksję na ścianie i suficie:D
Fuksja czy głęboka zieleń?
Piotrek zrobił sobie dziś wolne, pożyczył samochód i pojechał do siebie, wykąpać się, bo nie odpocząć, skoro – jak nam powiedział – ma taką obiecaną małą prackę na niedzielę. Ten człowiek to robot, trochę się zaczynam o niego martwić. Sąsiad mówi, ale ty ufasz ludziom! mówię sąsiadowi – ale ty też masz nasze klucze! Moja intuicja rzadko się myli, choć, oczywiście, jest to możliwe. Po południu Piotrek dzwoni, że złapał gumę. Pech. Mam nadzieję, że jutro przyjedzie naszym samochodem, w sumie remont warty mniej niz samochód, hehe.
Ogród zaczyna przypominać ten fragment wielkiego parku, który ludzie omijają, a dawno posadzone rośliny radzą sobie jak mogą, bez żadnej ludziej ingerencji. Maliny powoli pożerają trawnik, dmuchawce nie niepokojnone przez nikogo dumają nad nietrwałością świata swoimi siwymi głowami, dopóki wiatr nie zawieje, kwitną stokrotki i niebieskie geranium, róże szykują się do zmasowanego ataku kwieciem.
Jest pięknie.
Jeszcze tylko 18 prac do sprawdzenia i 5 licencjatów, mój esej do skończenia, remont łazienki i zrobienie parapetów, wymiana blatu w kuchni i będę miała wolne. (Rany boskie jestem kioskiem).
Nie mogę uwierzyć, że po SIEDMIU LATACH BĘDĘ MIAŁA WANNĘ. I PARAPETY. (oraz niespleśniały blat w kuchni)
Właściwie od samego początku wiedzieliśmy, że będziemy musieli zrobić trzy rzeczy w naszym domu: łazienkę, kuchnię i elektrykę.
Wszystkie te sprawy trzymały się na słowo honoru i stopniowo niektóre przestały się trzymać – prysznic zaczął przeciekać, fronty szafek w kuchni odpadać, blat pleśnieć od spodu, prąd do kuchni, przecięty przez pierwszą ekipę i pociągnięty na kablu od kontaktu, też nie jest jakimś wielkim pewniakiem. Na dodatek od siedmiu lat nie mamy parapetów, nie wydawały się niezbędnie konieczne, a że mamy edukacyjne priorytety, to cierpiały parapety.
Ale łazienka jest położona dokładnie nad naszym dużym pokojem i kiedy pojawiły się żółte plamy na suficie sprawa przeszła z folderu ‚pilne’ do ‚okropnie pilne’. Szczęśliwie zaciekało pod kaflami prysznica, a nie pod kibelkiem😅 i jeszcze dwa lata temu dzielnie przykleiliśmy kafle na klocki lego i zalepiliśmy silikonem wszystkiem możliwe dziury:
Jak z Sąsiadów (ktośpamięta?)Efekt końcowy powala
Niestety, stropy mamy drewniane, w podłodze idą kable elektryczne, więc wszystko to groziło jakąś piękną katastrofą w najbliższej przyszłości.
I oto Kasia Freya, znana tutaj niektórym blogowiczom, w jakiejś rozmowie kiedyś wspomniała, że ma przyjaciela, który zajmuje się remontami. Piotrek, nazwijmy go tak chroniąc dane osobowe, ma długie kolejki do swoich remontów, bo robi porządnie, szybko i taniej, niż Irlandczycy. Poprosiłam Kasię, żeby nas zapisała do Piotrka, bez pośpiechu, z jakimś rocznym czasowym horyzontem. Piotrek odezwał się chyba miesiąc później – były to bodajże wakacje, albo tuż przed – że właśnie ma okienko i czy chcemy.
Chcieliśmy bardzo, ale się nie składało – a to my jechaliśmy na zaplanowane wakacje, a to jemu się robota w październiku przesunęła, tak, że był dostępny dopiero w listopadzie, a to mi akurat wtedy zaczynał się gorący okres w pracy i na studiach.
W miedzyczasie Piotrek przyjechał z Kasią, oglądnął łazienkę, posłuchał o moich marzeniach (WANNA Z PIANĄ) i strwierdził, że się da. A nie było to takie wcale pewne, bo łazienka ma – uwaga, niespodzianka – 1.50 na 1.80m. A ja niestety pragnę mieć wszystko: wannę, umywalkę i kibelek, bo trudno bez kibelka. W dodatku ta mikroskopijna oaza jest naszą JEDNYNĄ TOALETĄ w domu.
Po paru niespodziewanych zwrotach akcji – w czasie, kiedy Piotrek już miał zaczynać, akurat przyjechał Adek, i to w swoje urodziny, miał być tylko jeden dzień, więc przesunęliśmy remont, a potem odwołali synkowi loty do Paryża, więc jeszcze kolejne dwa dni – wreszcie w ubiegły czwartek przywiozłam Piotrka z pięknego miasta Waterford.
Odpoczął sobie cały czwartek wieczór, a w piątek wieczorem CAŁA ŁAZIENKA BYŁA już ZDEMOLOWANA.
Najmocniej trzymały się klocki Lego:
Lego trzymają się mocno
Piotrek pracuje jak jakaś AI budowlana, od 8 rano często do 8 wieczorem. Wczoraj do 9, bo chciał skończyć podłogę. Przerobił całą kanalizację, żeby zmieściła się wanna musiał przesunąć kibelek, rurki do kaloryfera i rurki z ciepłą i zimną wodą do wanny i umywalki. Tempo robót ma niesamowite, słucha jazzu przy robocie i można z nim pogadać o filmach Jarmusha.
Tylko Kasia mogła nam polecić takiego Piotrka, bo to postać jak z grafomanskiej powieści, gdzie się zdarzają cuda.