Chwiejna równowaga

Smutny zwierz atakuje, ale się nie daję, jeszcze nie teraz, jeszcze mam czas.

W pracy wszystko dobrze, tylko nie chce mi się pracować, czytałabym na okrągło tylko książki ze studiów, strasznie ciekawe. W kółko i w kółko.

W domu wszystko dobrze, cieszę się moją małą jeszcze córeczką, od kiedy się przeprowadziła do swojego pokoju wprowadziliśmy taką świecką tradycję, że przed snem sobie gadamy co najmniej piętnaście minut. Staram się nie zadawać zbyt wielu głupich pytań, czyli co w szkole, jak z koleżankami, umowa jest taka, że może mi opowiadać o czym tylko chce i jak tylko chce. Czasem opowiada mi kawały, czasem śpiewa mi przez całe pół godziny, przeważnie po paru minutach gadania o niczym powie mi coś ważnego, coś, co ją gryzie. Bardzo fajne są te rozmowy, uczę się słuchać bez narzucania tematu i tak wczoraj zaczęłam mi opowiadać, że nie rozumie, czemu starzy ludzie przeprowadzają się do nowego domu, jak niedługo umrą, ona nie umiałaby się cieszyć nowym domem wiedząc, że zaraz umrze;) Wyraźnie słychać echo sytuacji babci i dziadka i rozkminki kondycji ludzkiej, ludzie umierają i jak można to rozumem ogarnąć. Nie można. Dzieciom niewierzącym jest trudniej, kiedy tracą bajkową perspektywę, muszą się zmierzyć z okrutnymi prawdami.

Ja też się mierzę z okrutnymi prawdami, czy kiedykolwiek jesteśmy z tym pogodzeni?

Trzymajcie się ciepło.