Zbieram do kupy się i wszystkie wątki, nitki plotę razem, gdzieś tam się dogrzebałam do studni wewnętrznej, woda nadal krystaliczna i czysta, tylko wkoło dużo gałęzi i liści.
Praca ostatnio daje mi dużo satysfakcji, przynajmniej tam jestem jakimś autorytetem, kimś, kto wie, choć raczej nie mam w duszy dużo autorytaryzmu, a jak mam, to z nim walczę. Ale tak dobrze grać rolę dobrego policjanta, uczyć, wspierać, podtrzymywać, motywować i dyskutować. Lubię to.
Na studiach jestem bowiem tym, kto nie wie, nie umie, nie potrafi, nie zna się, nieporadnie stawia pierwsze kroki i pada. I tak dużo nie wiem! Nie umiem się jeszcze poruszać po tej krainie, moje pytania odsłaniają moją ignorancję, a moje przemyślenia są oczywiste. Trudno być uczniem.
Mo znowu chora, kolejny tydzień w domu. W zeszłym tygodniu słabo sie czuła, nie posłałam jej do szkoły w pon i wto myśląc, że pewno coś się kluje, ale się nie wykluło – dalej nic oprócz niejasnego ‚źle się czuję’. Poszła więc do szkoły w środę, po powrocie znowu narzekała, że słabo się czuje, nie poszła na gimastykę, ale znowu żadnych konkretnych objawów, ani gorączki, ani kaszlu, ani porządnego bólu gardła, poszła więc do szkoły w czwartek, a o 12 szkoła dzwoni, że Mo narzeka, że źle się czuje i nie ma swojego inhalatora. Akurat byłam z koleżanką w Ikei na końcu świata, więc odebrałam ją dopiero pod koniec zajęć, z ogromnym niepokojem, bo co jeśli naprawdę ma atak astmy? Ale nie miała. Zaczęła panikować, bo dzieci jej powiedziały, że jak ma astmę i nie ma inhalatora niebieskiego, to może umrzeć…. Piątek w domu, już niby zupełnie dobrze, w sobotę puściłam ją do koleżanki na urodziny, a w niedzielę znowu to samo: źle się czuję. Tym razem ogromny katar. Boję się, żeby nie zszedł jej na płuca jak to zwykle bywa, więc dziś znowu w domu.