Strach ma wielkie zęby

Mam jakiś niefajny czas, dlatego nie piszę. Wydaje się, że terapia poruszyła traumę z głębokiego dzieciństwa i trudno mi się pozbierać. Kwestionuję nawet moją gotowość na nową profesję.

Wszystko nadal jest okropnie ciekawe i bardzo bardzo mnie interesuje, ale jak zostanę w takim stanie, w jakim jestem, to będzie kiepsko. Kurczowo chwytam się tego, że pewne sprawy muszą być przerobione, żeby iść do przodu. Ale gdyby nie pomysł zmiany zawodu, nigdy tych drzwi bym nie otwierała – bo po co? Choć ten wyjący emocjonalny alarm trochę tłumaczy moje od zawsze poczucie życia w stanie wyjątkowym.

Mój samopoczucie najlepiej obrazuje sen o dwóch matkach o wyglądzie surowego mięsa, a dokładniej dwóch kawałków karkówki. Bez oczu, ale z krwiożerczą paszczą. Obudziłam się ze słowami ‚to, że nie mają oczu, wcale ich nie usprawiedliwia’.

Do tego przedłużająca się zima (choć wiosna też niewiele chyba by tu zmieniła), cztery eseje na zaliczenie i prawie-pięćdziesiątka na karku. Dziecka do obserwacji nadal nie mam, co też napawa mnie niepokojem.

Piszę ku pamięci, aby w przyszłości móc powspominać też te ciemniejsze momenty. No chyba, że strachy się zmaterializują i krwiożercze matki mnie pożrą.