A jednak się kręci!

Czyżby nowe wyzwanie – codziennie post na bloga?

Nie ma szans, za mało anankastyczna jestem😉

Zrobiłam eksperyment, a raczej sam się zrobił, bo już tak mnie wkurzała moja dieta, że zaczęłam sobie ostatnio pozwalać a to na kawałek sera żółtego, a to na orzechy, pistacjowe zwłaszcza, a to na ciasteczko czy czekoladkę, a szczególnie Trufle z Lidla.

No i w ogóle, ludzie się w kółko dziwili i sama trochę zaczęłam myśleć, że jestem może jakaś foliarą, albo inną wyznawczynią biorezonansu – interesuję się psychoanalizą, wierzę w dziwne diety, niedługo zacznę pląsać z druidami.

Wczoraj wcięłam finalnie jajeczka czekoladowe, z mlekiem i wafelkiem, i oto dziś obudziłam się z takim stawem:

Czerwony i spuchnięty, jakby nie było widać, boli i nie mogę skończyć swetra!

Hipoteza zerowa ‚dieta nie ma wpływu na RZS’ zatem została obalona i szybkim galopkiem wróciłam do moich warzyw krzyżowych jak droga, słodkich batatów i kopy sałat.