Żyję, słońce świeci

Dziś trochę cieplej. Wczoraj w drodze na gimnastykę lunęła na nas chmura, kiedy nad Irlandią przetaczał się kolejny sztorm. Byłyśmy jak zmokłe kury, przymoczone do ostatniej nitki w majtkach, ale zdążyłyśmy wziąć samochód spod domu, i suche spodnie, przebrałyśmy się obie w samochodzie, włączyłam ogrzewanie i dałyśmy radę. Pod domem przez chwilę obie miałyśmy pokusę pójścia na wagary, ale Mo lubi gimnastykę i jest dzielna, a ja jeszcze dzielniejsza, bo po gimnastyce mam godzinę na zjedzenie czegoś ciepłego w domu i z powrotem do szkoły na zajęcia wieczorowe. Wczoraj tak bardzo tak bardzo tak bardzo mi się nie chciało, ciemno i zimno, a ja znowu na rower, na szczęście przestało padać.

Wróciłam do formy, bo już myślałam, że i mnie dopadło wypalenie zawodowe, kiedy przez dziesięć dni o niczym nie marzyłam jak tylko o tym, żeby wyjść z klasy i przyjąć pozycję horyzontalną. A to była tylko infekcja i znowu mi świeci słońce w środku.

W poczekalni wisi moje ogłoszenie o baby, ale nadal cisza.

Idę szukać wegańskiego tortu, bo jutro Mi ma 50te urodziny.

Nie będę miała żadnych tulipanów w ogrodzie, a tu dziś dzień św Brygidy, czyli wiosna!