Piątek. Dalej nie mam dziecka, więc postanawiam pojechać na spotkanie mam karmiących piersią, które się odbywają w każdy pierwszy piątek miesiąca w bibliotece.
W nocy śni mi się, że się na spotkanie spóźniłam, a że bardzo mi na nim zależy, budzę się jeszcze przed budzikiem i daję sobie dużo czasu na dojazd.
Na miejscu jestem piętnaście minut wcześniej, tylko za późno o tydzień!
Zrobiłam eksperyment, a raczej sam się zrobił, bo już tak mnie wkurzała moja dieta, że zaczęłam sobie ostatnio pozwalać a to na kawałek sera żółtego, a to na orzechy, pistacjowe zwłaszcza, a to na ciasteczko czy czekoladkę, a szczególnie Trufle z Lidla.
No i w ogóle, ludzie się w kółko dziwili i sama trochę zaczęłam myśleć, że jestem może jakaś foliarą, albo inną wyznawczynią biorezonansu – interesuję się psychoanalizą, wierzę w dziwne diety, niedługo zacznę pląsać z druidami.
Wczoraj wcięłam finalnie jajeczka czekoladowe, z mlekiem i wafelkiem, i oto dziś obudziłam się z takim stawem:
Czerwony i spuchnięty, jakby nie było widać, boli i nie mogę skończyć swetra!
Hipoteza zerowa ‚dieta nie ma wpływu na RZS’ zatem została obalona i szybkim galopkiem wróciłam do moich warzyw krzyżowych jak droga, słodkich batatów i kopy sałat.
Na fali wczorajszego sukcesu ogrodowego ciachnęłam dziś róże z przodu, sprawdziłam na blogu, że rok temu zrobiłam to tydzień później. Bardzo im się to nie podobało, strasznie mnie pokłuły, a potem prawie wykoliły oko Mi, kiedy je wyrzucał na stertę za szopą, która udaje kompost.
Chciałam wam pokazać ogród z pudłami, ale nie mogę znaleźć zdjęcia, uwierzcie mi, był to widok, który zniechęcał każdego wesołego ogrodnika. A teraz poczułam świeży powiew wiosny. Magnolie też, bo już mają pączki. Zawsze zakwitają na moje urodziny.
Ale nasz największe zwycięstwo w tym roku i to w dodatku przypadkowe, to pokój Mo. Przed wakacjami zdążyłam go tylko pomalować https://tablicaodjazdow.home.blog/2023/07/12/ptasie-mleczko-z-szalwia/, potem wywaliliśmy stare łóżko Adka i przenieśliśmy tam łóżeczko Mo. Ale nie miała tam biurka, ani krzesełka i cały pokój wymagał jeszcze dopieszczenia, a w dodatku łóżeczko stawało się za małe, a ona chciała piętrowe. Jak zaczęłam studia, nie miałam do tego głowy, czasu ani kasy. I jak to głupiemu się czasem poszczęści, widocznie wszechświat postanowił nam w tym pomóc (czemu nie w innych rzeczach? pytanie retoryczne) i oto dwa tygodnie temu znajomy znajomego oddawał biurko, dokładnie takie, o jakim myślałam, a do tego fotel na kółkach:
Wczoraj zaś napisała znajoma, że córka jednak nie daje rady spać na piętrowym i oto dziś mamy łóżko, całkiem nowe, z materacem, za połowę ceny. Tylko musimy złożyć.
Jak wiecie, były 50te urodziny Mi, temat błąkał mi się po nie zajętych komórkach mózgowych od jakiegoś czasu, oczywiście, nie tak, że ‚w ogóle nie myślałam’, ale z tego błąkania nie za dużo wynikało, bo raz, że trochę jesteśmy finansowo zarżnięci, więc tematy jak łódka, samochód czy operacja plastyczna dla mnie, żebym jeszcze ponętniejsza była (czy to w ogóle możliwe?), odpadały. A jak nie w 50 dni dookoła świata, to co?
Dumałam i dumałam długo (mogę tak napisać, odkąd się dowiedziałam, że nieświadomość pracuje nad tematami, nawet, jak się świadomie nie myśli), aż w końcu się okazało, że został tydzień do magicznej daty i opcje się skurczyły jak guma w majtach. Wiedząc z doświadczenia, że niespodzianki są super, ale raczej jak się je skonsultuje z solenizantem, zamówiłam fantastyczną golarkę do włosów. Na bazie entuzjazmu podarowałam mu rownież komputer w przyszłości (jak się dobrze policzymy z wydatkami), o-mało-co zamówiłam tort wegański i zabukowałam drogą restaurację. Państwo Irlandzkie dorzucilo mu dzień wolny od pracy, już od roku bowiem w Irl jest nowe święto właśnie na urodziny Mi, dla niepoznaki nazywa się dniem św. Brygidy.
No i wraz ze zbliżaniem się piątku wszystkie moje pomysły zaczęły się palić na panewce, czyli słabo.
Restauracja wegańska, dwie gwiazdki Michelina, nie wpuszcza dzieci po 17 (przez chwilę rozważaliśmy zostawienie Mo na zewnątrz, żeby sobie chociaż popatrzyła przez szybę jak się je w Michelinie, a co!), ale pod presją Human Rights i ONZetu zdecydowałam się na przeniesienie posiłku na niedzielę koło drugiej. To był pierwszy cios dla mojego Mi – jak to, pójdziemy do restauracji NIE W DZIEŃ JEGO URODZIN??
W międzyczasie (a może nawet wcześniej, kto by się tam czasem przejmował) Mo została zaproszona na urodziny kolegi na sobotę, a potem dostała zaproszenie na urodziny koleżanki, w poniedziałek, na które miała nie iść, ale tak nam zaczęła wiercić dziurę w brzuchu, że się zgodziliśmy. Czyli trzy dni zajęte. I wtedy się okazało, że Mi w skrytości jednak pielęgnował jakieś wyjazdowe plany urodzinowe na długi weekend, którymi się ze mną nie podzielił, bo po co, wszak po 25 latach małżeństwa już przecież się czyta mężowi w myślach. Te w cichości ducha hołubione miłe fantazje spowodowały lekką kłótnię w piątek rano, lekką, bo przecież nie będę się nakręcać w dniu jego urodzin! Wzięłam więc wszystko na klatę, nawet telepatię, popłakałam się i obiecałam poprawę, pojechałam kupić jakieś pączki wegańskie, do tych trzech kawałków ciasta, które zakupiłam dzień wcześniej (jakbyście kiedys byli w Dublinie to polecam Queen of Tarts – ciacha i kawa dla normalnych, wegan i nawet bezglutowców), że by jednak jak usiąść razem do stolu, skoro nie będziemy w restauracji.
No, ale wszystko się dobrze skończyło, bo Mo dziś rano wstała z gorączką i nagle się okazało, że nigdzie nie idziemy i nie pojedziemy, więc spędzimy leniwy długi weekend w domu:)
Za to przypomniało mi się, jak dokładnie 10 lat temu, na 40 tkę kupiłam mu deskę drogich serów, a w dniu urodzin okazało się, że właśnie od dzisiaj postanowił zostać weganem, podobno mi o tym mówił? I nie chciał zjeść serów. Strasznie to przeżyłam. Ja tu z serem na desce jak z sercem na dloni, a on zostaje ekstermistą!
Ale za to dzisiaj mam dzień sukcesów: nie dość, że poszliśmy pobiegać pierwszy raz do trzech tygodni, to na grupce recyklingowej ktoś zgłosił zapotrzebowanie na moje plastikowe pudła, które jak pamiętamy w efekcie silnego konfliktu wewnętrzenego w związku w bedbagami walały się po ogrodzie od pół roku.
Za każdym razem, jak wychodziłam do ogrodu, to rzucałam okiem na pudła i myślałam sobie ‚muszę coś z nimi zrobić’ a potem z poczuciem winy i podkulonym ogonem wracałam do domu. Pudła przejęły mój ogródek i nie pozwalały na proste radości ogrodnika. A teraz poczułam nową wiosenną energię, umyłam je porządnie i ufając, że domestos i półroczna kwarantanna ogrodowa, z okresowymi mrozami, załatwiły sprawę, piszę do pani, że są gotowe i chętne i czekam na odbiór.
Jak zobaczyłam jakie sa ładne i czyściutkie, zdecydowałam się dwa sobie zostawić😆
Dziś trochę cieplej. Wczoraj w drodze na gimnastykę lunęła na nas chmura, kiedy nad Irlandią przetaczał się kolejny sztorm. Byłyśmy jak zmokłe kury, przymoczone do ostatniej nitki w majtkach, ale zdążyłyśmy wziąć samochód spod domu, i suche spodnie, przebrałyśmy się obie w samochodzie, włączyłam ogrzewanie i dałyśmy radę. Pod domem przez chwilę obie miałyśmy pokusę pójścia na wagary, ale Mo lubi gimnastykę i jest dzielna, a ja jeszcze dzielniejsza, bo po gimnastyce mam godzinę na zjedzenie czegoś ciepłego w domu i z powrotem do szkoły na zajęcia wieczorowe. Wczoraj tak bardzo tak bardzo tak bardzo mi się nie chciało, ciemno i zimno, a ja znowu na rower, na szczęście przestało padać.
Wróciłam do formy, bo już myślałam, że i mnie dopadło wypalenie zawodowe, kiedy przez dziesięć dni o niczym nie marzyłam jak tylko o tym, żeby wyjść z klasy i przyjąć pozycję horyzontalną. A to była tylko infekcja i znowu mi świeci słońce w środku.
W poczekalni wisi moje ogłoszenie o baby, ale nadal cisza.
Idę szukać wegańskiego tortu, bo jutro Mi ma 50te urodziny.
Nie będę miała żadnych tulipanów w ogrodzie, a tu dziś dzień św Brygidy, czyli wiosna!