Sztuka pływania

Wpadłam znowu jak śliwka w kompot w sprawy pracowe, i to i tamto i tak w kółko, i przestałam dobrze sypiać. Trzy noce z rzędu budziłam się koło 3-4 i nie mogłam zasnąć z powrotem, aż w końcu wczoraj zastosowałam najlepsze naturalne lekarstwo i oto dziś jestem wyspana! Rano powiedziałam Mi, że to zawsze działa, ale nie mogę go tak wykorzystywać, a on na to: ależ wykorzystuj. Ale CODZIENNIE? 😀

W bezsenności w środku nocy czytam fajną książkę 4000 Tygodni o tym, że żyjemy w kulturze zapierdolu. ‚Bycie zajętym’ cały czas jest powodem do dumy, coraz mniej czasu spędzamy na aktywnościach autotelicznych, a coraz więcej na czymś, co ma prowadzić do czegoś, co ma prowadzić do jeszcze czego innego, itd, itp. Każdy sukces jest tylko kolejnym krokiem do nastepnęgo etapu, nawet hobby stało się ‚side hustle’, czyli zajęciem, które rozwijamy mając na uwadze alternatywną karierę w razie czego. Albo dochód. A w tak zwanym międzyczasie życie nam ucieka między palcami, jesteśmy zestresowani i niespełnieni, bo wszystko służy czemuś innemu i pędzimy przez życie nie dotykając go. Nawet, jak odpoczywamy, to tylko po to, żeby być ‚wypoczętym’ do pracy, a nie dla samego wypoczynku.

Bardzo to ze mną rezonuje, bo wpadłam w pułapkę produktywności i pracy na okrągło. Kultura zapierdolu to ideologia kapitalizmu wywodząca się z protestanckiej etyki pracy, miło mi się zrobiło jak autor powołał się na ojca założyciela socjologii Maxa Webera, który fajnie pisał o tym, jak miarą dobrego życia stało się nieustanne zarabianie po to, by inwestować i jeszcze więcej zarabiać. Jest parę fragmentów, które trochę mniej mi leżą (jak na przykład o wychowaniu dzieci, wydaje mi się, że autor zrobił raczej słaby risercz), ale całość dobra, załapał się nawet Heidegger i jego koncepcja człowieka jako ‚bytu w czasie’, która pozwala zobaczyć, jakim absurdem jest tego czasu kontrola. Zawsze lubiłam egzystencjonalistów. A czy wiecie, że jest też nurt terapii egzystencjalnej? Na bazie psychoanalitycznej, tylko mniej o seksie, więcej o śmierci, bardzo fajne, serio. Na ostatnich zajęciach też mieliśmy o śmierci i okazało się, że jest to temat bardzo otwierający na doświadczanie świata i życia tutaj i teraz, czyli na to, co jest celem terapii.

Oprócz tego jestem trochę chora. W Irl przez ostatni tydzień było niemożliwie zimno (MRÓZ W IRLANDII! KONIEC ŚWIATA) i jazda na rowerze przy -3 bez szalika zaskakująco nie okazała się dobra na gardło, bo straciłam głos. W czwartek. Musiałam odwołać dwa zajęcia, ach, jak nie lubię, będzie je trzeba odrabiać! Trzecich i czwartych nie odwołałam, bo i tak mieliśmy w planach obejrzeć niesamowity dokument (Meine Keine Familie), więc tylko przesunęłam termin oglądania. Document bardzo ciężki i trochę przerażający, ale bardzo warto, my oglądaliśmy w kontekście alternatywy dla rodziny nuklearnej.

W ramach nauki pływania w nurcie czasu wróciłam do drutów i niedokończonego sweterka dla Mo. Projekt zeszłoroczny, wydaje się już dość ciasny na nią, ale przecież końcowy sukces nie jest potrzebny dla radości drutowania. Może go zrobię i spruję, lepsze niż mandala. A może podaruję jakiejś małej dziewczynce – znacie jakąś?