Szukam dziecka

Salmiaki pisze ‚widzę Cię na rowerze, w deszczu, z Mo’ i dziś właśnie leje jak z cebra, a my do lekarza, do szkoły, ja z powrotem do domu, Mo w swoich gumowych spodenkach sztormiakach, ja niestety przemoknięta do samych rajstop, deszcz mi ciurka przez dekolt za stanik. Miałam jechać do ośrodka zdrowia rozwieszać ogloszenia, że szukam dziecka, ale w takich okolicznościach zostawiłam tylko jedno u GP i dałam sobie spokój z dalszymi wyprawami.

Dalej dobrze śpię, dalej nie mam dziecka. Wykładowcy przyznają, że w tym roku jest wyjątkowo ciężko, może to skutek pandemii, a może ludzie są coraz bardziej ostrożni, zamknięci, chronią swoją prywatność i nie chcą wpuszczać kogoś obcego do domu.

Może jutro pojadę do centrum kultury i dwóch ośrodków zdrowia, trochę przestałam się już wstydzić, cykać, jak to się mówiło, wcześniej miałam duże opory, żeby się kogoś zapytać, czy mogę rozwiesić ogłoszenie.

Chcecie je zobaczyć? Proszę bardzo (to już jest 3 wersja), mówiłam, że już się nie wstydzę:

I co myślicie?

Ciężka sprawa, nie? 😉

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to przygoda dla każdego. Wykładowcy mówią nam, że niektóre rodziny coś od nas dostają, nawet, jeśli jest to tylko nasz czas.

Rozmyślam nad swoim zawstydzeniem i oporami. Uczę się obserwować swój strach przed porażką, niepewność rezultatów, okropne poczucie braku kontroli i zawieszenia w próżni, niechęć do narzucania się, poczucie, że proponuję coś, co ktoś może odczuć jako nadużycie czy wykorzystanie. Uczę się nie narzucać, nie wykorzystywać, szanować czyjeś prawo do powiedzenia nie, powstrzymywać okropną chęć, żeby ktoś się w końcu zgodził. Uczę się być delikatna, ale obecna, cenić to, co mam do zaoferowania mimo, że wiele osób nie widzi żadnej w tym wartości. Ale nie jest łatwo.

Szerokie horyzonty

Pachniało wiosną, kiedy wczoraj wieczorem wracałam z zajęć. Miasto wydawało się rozbawione, na ulicach tłumy. Jadąc wąską, stromą uliczką wzdłuż galerii i parku, wyraźnie było słychać kłócące się ptaki. Jasno, jasno jeszcze o wpół do szóstej! Magnolia ma pąki, narcyzy już dawno powyłaziły z ziemi. Może jest jakaś nadzieja dla świata, choć nie będzie tulipanów w tym roku.

Studia nadal ciekawe, choć łącznie z pracą i domem na głowie nie jest łatwo. Ale zaczęłam dobrze spać, od kiedy zrobiłam się trochę mniej najkręcona i może trochę smutna. Spokojnie pogodzona? Nie mamy się czym przejmować, i tak nie zrobimy wszystkiego, co byśmy chcieli tak, jak byśmy chcieli.

Dziś leżę. Jest to najlepsze, co mogę zrobić na pęłzające od dwóch tygodni przeziębienie. Mam niestety trochę pracy, ale choć będzie ciepło i pod kołderką, w pozycji horyzontalnej. Zaraz moi wracają z basenu, robię sobie kawkę i do roboty.

***

Jeszcze styczeń

Choroba mi się przyczepiła i nie może się odczepić. Straciłam głos w zeszłym tygodniu i jeszcze całkiem nie wrócił, nawet mi się taki lekko zachrypnięty podoba, ale niestety, po godzinie wykładu robi się bardzo zachrypnięty, a potem zupełnie znika.

Czemu ten styczeń zawsze taki zimny i ponury? Tym razem jest także wyjątkowo wietrzny, w odstępie tygodnia odwiedziły nas już trzy huragany. Mo też jakaś zakaszlana, niby nic, ale parę dni w szkole, potem znowu w domu.

Przegryzam się przez literaturę ze studiów. Okazuje się, że im bardziej widzimy świat jako skomplikowany, dobry i zły równocześnie, tym badziej dojrzałe jest to nasze widzenie i tym bliższe rzeczywistości. Upraszczanie, idealizowanie przyjaciół i partnerów, postrzeganie oponentów jako całkiem złych jest taką dziecięcą niedojrzałością, obroną malutkiego dziecka, które nie może jeszcze objąć umysłem i wytrzymać skomplikowaności świata. Trochę smutne w tym kontekście co dzieje się w polityce polskiej, od wielu lat perspektywa my i oni. Zauważyłam, że męczy mnie taka uproszczona wizja świata. Ale też trudno się przed nią obronić – kiedy przeciwnik cię spłaszcza i sprowadza do jednego wymiaru, masz chęć odwetu i zrobienia tego samego.

Kolejne olśnienie które przeżywam dotyczy projekcji. Otóż taki ‚splitting’, takie oddzielenie dobra od zła, kiedy innych postrzegamy jako atakujących i prześladujących, tych, którzy się na nas uwzięli, polega na wyrzuceniu własnej agresji na zewnątrz i skutkuje tym, że nie mamy kontaktu z tą częścią własnej osobowości (my jesteśmy ci biedni, osamotnieni, niewinnie prześladowani), jak i również – co może i ważnejsze dla mnie – powoduje, że pozbywamy się również własnej siły i sprawczości. Przyjmujemy rolę ofiary, nie umiemy się świadomie chronić, nie możemy polegać na własnej umiejętności bronienia własnych granic. Oczywiście jest czasem tak, że ci inni rzeczywiście nas atakują, zauważyłam jednak, że kiedy bardzo bardzo się postaram nie odpowiedzieć atakiem, sytuacja ma szansę się rozładować, choć nie zawsze się tak dzieje. No, ale niestety odpowiedź często jest automatyczna, zwłaszcza, jak dotyczy to rodziny, bardzo trudno się zatrzymać i pomyśleć i poczekać, aż emocje opadną a my przestaniemy widzieć to tak zerojedynkowo.

Miałam sen. Śnił mi się Mi jako Leon Zawodowiec, który gdzieś głęboko pod ziemią opiekuje się malutkim niemowlęciem.

Sztuka pływania

Wpadłam znowu jak śliwka w kompot w sprawy pracowe, i to i tamto i tak w kółko, i przestałam dobrze sypiać. Trzy noce z rzędu budziłam się koło 3-4 i nie mogłam zasnąć z powrotem, aż w końcu wczoraj zastosowałam najlepsze naturalne lekarstwo i oto dziś jestem wyspana! Rano powiedziałam Mi, że to zawsze działa, ale nie mogę go tak wykorzystywać, a on na to: ależ wykorzystuj. Ale CODZIENNIE? 😀

W bezsenności w środku nocy czytam fajną książkę 4000 Tygodni o tym, że żyjemy w kulturze zapierdolu. ‚Bycie zajętym’ cały czas jest powodem do dumy, coraz mniej czasu spędzamy na aktywnościach autotelicznych, a coraz więcej na czymś, co ma prowadzić do czegoś, co ma prowadzić do jeszcze czego innego, itd, itp. Każdy sukces jest tylko kolejnym krokiem do nastepnęgo etapu, nawet hobby stało się ‚side hustle’, czyli zajęciem, które rozwijamy mając na uwadze alternatywną karierę w razie czego. Albo dochód. A w tak zwanym międzyczasie życie nam ucieka między palcami, jesteśmy zestresowani i niespełnieni, bo wszystko służy czemuś innemu i pędzimy przez życie nie dotykając go. Nawet, jak odpoczywamy, to tylko po to, żeby być ‚wypoczętym’ do pracy, a nie dla samego wypoczynku.

Bardzo to ze mną rezonuje, bo wpadłam w pułapkę produktywności i pracy na okrągło. Kultura zapierdolu to ideologia kapitalizmu wywodząca się z protestanckiej etyki pracy, miło mi się zrobiło jak autor powołał się na ojca założyciela socjologii Maxa Webera, który fajnie pisał o tym, jak miarą dobrego życia stało się nieustanne zarabianie po to, by inwestować i jeszcze więcej zarabiać. Jest parę fragmentów, które trochę mniej mi leżą (jak na przykład o wychowaniu dzieci, wydaje mi się, że autor zrobił raczej słaby risercz), ale całość dobra, załapał się nawet Heidegger i jego koncepcja człowieka jako ‚bytu w czasie’, która pozwala zobaczyć, jakim absurdem jest tego czasu kontrola. Zawsze lubiłam egzystencjonalistów. A czy wiecie, że jest też nurt terapii egzystencjalnej? Na bazie psychoanalitycznej, tylko mniej o seksie, więcej o śmierci, bardzo fajne, serio. Na ostatnich zajęciach też mieliśmy o śmierci i okazało się, że jest to temat bardzo otwierający na doświadczanie świata i życia tutaj i teraz, czyli na to, co jest celem terapii.

Oprócz tego jestem trochę chora. W Irl przez ostatni tydzień było niemożliwie zimno (MRÓZ W IRLANDII! KONIEC ŚWIATA) i jazda na rowerze przy -3 bez szalika zaskakująco nie okazała się dobra na gardło, bo straciłam głos. W czwartek. Musiałam odwołać dwa zajęcia, ach, jak nie lubię, będzie je trzeba odrabiać! Trzecich i czwartych nie odwołałam, bo i tak mieliśmy w planach obejrzeć niesamowity dokument (Meine Keine Familie), więc tylko przesunęłam termin oglądania. Document bardzo ciężki i trochę przerażający, ale bardzo warto, my oglądaliśmy w kontekście alternatywy dla rodziny nuklearnej.

W ramach nauki pływania w nurcie czasu wróciłam do drutów i niedokończonego sweterka dla Mo. Projekt zeszłoroczny, wydaje się już dość ciasny na nią, ale przecież końcowy sukces nie jest potrzebny dla radości drutowania. Może go zrobię i spruję, lepsze niż mandala. A może podaruję jakiejś małej dziewczynce – znacie jakąś?

Ostatnio życie jest dobre

Bardzo pełny weekend, taki okrągły i taki, jakie powinny być weekendy.

Wczoraj byliśmy na demo, Mi był funkcyjnym, ja maszerowałam z Mo. Umówiłyśmy się z jedną koleżanką z jej klasy, oraz mamą, i nie było marudzenia podczas marszu. Potem wzięłam koleżankę z nami do domu, a wcześniej jeszcze na sushi, gdzie dopiero się okazało, że dziewczyny są chyba zmęczone, bo się zaczęło. Ku swojej zgubie, zamówiłam dwa różne zestawy, więc Mo chciała to samo, co miała La, ale La powiedziała, że jest głodna i ona to właśnie chciała i zje wszystko. Nie bardzo mi się uśmiechało zamawiać Mo jeszcze jedo sushi, bo były całkiem, no całkiem drogie, więc wmusiłam w nią trzy i to było na tyle. Ja nie marudziłam, mój teriyaki łosoś był w porządku, ale też nie najtańszy. Wyjście do restauracji to był zdecydowanie najsłabszy punkt programu, wzięłabym dziewczyny na pizzę za połowę tego, co wydałam i wszyscy byliby najedzeni i zadowoleni, ale mi się zachciało rozwijać je kulinarnie hehe. Mo zwykle lubi japońszczyznę, więc myślałam, że będzie strzał w dziesiątkę, a tu marudzenie za nie takie małe pieniądze. Na koniec postanowiłam się nie dręczyć i delektować swoim łososiem.

Dziś konsekwentnie cały dzień nie zrobiłam nic pracowego, czyli dalej relaksująco. Mimo planów, bo przecież cały tydzień byłam na swoich studiach i przez chwilę czułam, że muszę trochę ponadrabiać, ale potem mnie oświeciło, że nie powinnam, jak naprawdę nie muszę – wyrobię się w tygodniu. Niektórzy ludzie mają jednak w głowie takie sztywne wzorce zapierdolu, nic nie robiłam w pracy w ciągu tygodnia, wiec muszę to ‚odrobić’. Nie muszę, nic się nie wali, to. Trzeba o siebie dbać.

Zainaugurowaliśmy bieganie 2024. Nie biegaliśmy chyba od trzech miesięcy, było ciężko, ale radośnie, bardzo byłam zadowolona, że się w końcu udało. Pięć km, czas taki, że w ciąży byłam szybsza, ale i tak jestem z siebie dumna.

Jutro zaczyna mi się praca, na razie jestem nieprzygotowana, ale studenci pewno też jeszcze w lesie.

Na razie cisza i spokój, pływam w czasie, którym jestem i pławię się w zadowoleniu.

Szkoła

Ach jaki miałam dziś fascynujący wykład! Pani profesor, chemiczka, neuroscientist (jak to jest po polsku?), badaczka, a przy tym terapeutka psychoanalityczna przeprowadziła nas przez najnowszą literaturę na temat połączenia mózgu i umysłu, psychologii, neurochemii i neurobiologii w kontekście tego, jak odkrycia najnowszej neurologii dostarczają dowodów na poparcie niektórych teorii psychoanalitycznych i psychoterapeutycznych.

Wszyscy słuchaliśmy z otwartym buziami, podczas czterech godzin wykładu była cisza, jak makiem zasiał. Wszystkich nas chyba zatkało, bo baliśmy się zadawać pytania, choć wydawała się bardzo miłą i przystępną starszą panią.

W tym tygodniu codziennie jestem na wykładach do piątej, zajęcia są tak intensywne, że po powrocie do domu ledwo mogę mówić. Dziś postanowiłam zajrzeć do sklepów po drodze i to był błąd, mnogość towarów i ludzi, kolory i hałas oszołomiły mnie do tego stopnia, że trudno było mi nawet pomyśleć, co też chciałam kupić. W jakimś spowolnionym amoku błąkałam się chyba przez pół godziny i wyszłam z koszykiem pełnym słodyczy. Mam dużo dużo rzeczy do przemyślenia.

Lubię nudzić się i lubię lubić

Siedzę na zielonej pluszowej sofie, słońce w głowę świeci, kawa w kubku jest. Do przeczytania jeszcze trzy teksty, do sprawdzenia trzy prace, jak trzy pierścionki na palcach po trzech kochankach.

Zenon z Dublina uratowany – lampa ogrzewająca wysiadła i biedaczek zaczął się hibernować, powyjazdowe pranie poprane, porządki w głowie porobione, pojawiła się nowa przestrzeń.

Życie wydaje się dobre, nowy rok obiecujący choć pełen wyzwań.

W starym dostałam awans oraz zdecydowałam się rozpocząć nową przygodę mojego życia, która mam nadzieję okaże się, jak to piszą w literaturze przedmiotu ‚turning point’. Był to duży krok w nieznane, jak na razie nadal podchodzę entuzjastycznie, choć widzę, że nie będzie to łatwe, bo chciałabym trzymać to i to, a tak się nie da, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i zaakceptować ograniczenia.

W nowym roku chciałabym mieć tylko więcej czasu, ale skoro nie da się mieć więcej czasu niż się ma, chciałabym umieć się zatrzymać i powiedzieć sobie ‚teraz nie muszę robić nic, nie mam żadnego planu ani żadnych życzeń, ani żadnych rozpoczętych projektów, idę się ponudzić’, bo z nudy rośnie przestrzeń w głowie i rodzą się WIELKIE RZECZY.

Więc życzę sobie i Wam nudy, ale nie stagnacji, nie rozpaczliwego tkwienia i powolnego wysychania, nie siedzenia godzinami na Fb czy Insta czy innym reddicie, ale odżywczej, spokojnej, mglistej, powolnej, zupełnie analogowej NUDY.

Wypas po pachy

Nawet nie wiem co pisać o Polsce, wpadłam tam jak śliwka w kompot, rodzina, przyjaciele, góry, wszystko, czego mi trzeba. Napasłam się dobrym słowem i jedzeniem i wróciłam do Irlandii, taka właśnie wypasiona, cięższa o wspomnienia i sześć kilo.

Sylwestra spędziliśmy na przypadkowo ukleconej imprezie, na której tańczyliśmy do czwartej rano, a ja po raz kolejny upewniłam się, że hot łysky jest DRINKIEM MOJEGO ŻYCIA. Dla ciekawych podaję przepis: plasterek cytryny z 3 goździkami, łyżeczką miodu (albo cukru) i pół szklanki gorącej wody, do tego łysky do smaku, czyli ile komu smakuje. Barmani wlewają 15ml, na domówkach każda dowolna ilość pasuje. Przydała się na coś moja chrypa, cierpliwie hodowana od dziesięciu dni, bo wiadomo – na chrypkę tylko hot łysky, wręcz trzeba łysky pić! Rozgrzewa, rozwesela i nie ma się po niej kaca! Zwłaszcza, jak człowiek obchodzi się ostrożnie z dodatkami. Mój drink był ogromnym sukcesem, choć niestety głównie docenionym przeze mnie samą. Dla równowagi moje Mojito dla leniwych (bez ucierania cukru z miętą) było zupełną porażką, wypiła go jedynie jedna koleżanka, chyba tylko po to, żeby mnie zabić wyrzutami sumienia. Muszę zapamiętać, że Muszynianka wysokozmineralizowana to NIE to samo co woda gazowana.

Jak już pisałam u Salmiaków, większość gości Sylwestrowych była w czerni, a ja wystąpiłam w płomiennej czerwieni, w dwudziestoletniej jedwabnej bluzce, która zawsze jest na czasie. Nieustająco sobie gratuluję, że ją ukradłam mojej siostrze, na tyle szybko, że nie zdążyła się do niej przywiązać po tym, jak ją kupiła w ciucharni. I tak służy mi od lat na większe okazje, a przy tym pasuje na moją figurę +- 10 kg.

Na Wigilii była (prawie) cała rodzina, impreza na dwadzieścia osób, na której wszystko było jak trzeba. Uwielbiam rytuały, kiedy są odpowiednio wykonane. I kiedy nie sa na mojej głowie. Na szczęście mam szwagierkę, która wszystko ogarnia i to do tego z czwórką dzieci. Szwagierka jest dla mnie żywym przypomnieniem, że po tej drugiej stronie barykady też są ludzie, a zacietrzewienie i odmawianie człowieczeństwa Innym (pisowcom, uchodźcom, czarnym, muzułmanom itd itp) jest niebezpiecznym błędem. Myślę, że ja dla niej też jestem widomym znakiem, że lewak też człowiek. Zadziwiająco się lubimy, mimo tego, że mamy bardzo odmienne poglądy na sprawy zasadnicze (Bóg, honor, ojczyzna, zarodki).

Idziemy przez las

Tak, już jutro wracamy, nie, to niemożliwe. Musiałam sobie odświeżyć pamięć, bo pobyt w PeLu obfitował we wszystko.

Z najważniejszych rzeczy które mi jeszcze zaprzątały głowę w 2023: wyspałam sie😂 wprawdzie oczywiście zmieniało się to z dnia na dzień, a raczej z nocy na noc, były przecież bezsenne noce i senne dnie ale kiedy tylko warunki zewnętrzne pozwalały, to spałam jak kamień i bogate wnętrze mi nie przeszkadzało.

Dwa tygodnie jak bigos polski albo barszcz z uszkami: mnóstwo ludzi, zdarzeń, przygód, emocji. Ja jestem człowiekiem stadnym jednak, wiem, wiem, pisałam, że chcę spokoju, ale to nie prawda, nigdy mi nie wierzcie, że chcę spokoju i zatańczcie na moim pogrzebie proszę. W tym chaosie i niepokoju odpoczęłam po sam czubek nosa, pełna rozmów zasypiałam w 15 minut i budziłam się o 9.30 rano.

Dziś przebudziłam się po siódmej, by zarejestrować płaczące dzieci, co mnie uspokoiło, dzieci są, czyli wszystko dobrze, ale nie moje, przewróciłam się wiec na drugi bok i spałam prawie do dziesiątej.

Nie przeczytałam niczego co powinnam była, nie rzuciłam nawet okiem na prace do sprawdzenia. Byłam w lesie, jestem w lesie🙂