Niedziela, życie bez zmian. Siedzę i czytam, w porywach piszę.
Gdybyście mieli spełnić swoje marzenie, ale wiązałoby się to z bałaganem, kurzem i ogólnym zapuszczeniem domu i ogrodu przez siedem miesięcy w roku, to poszlibyście w to?
Po ogrodzie walają się plastikowe pudła z IKEI spod naszego łóżka, wyciągnięte jeszcze w czasach bedbugs i tak zostawione. Trzeba tylko wymyć i podarować komuś, ale przekracza to moje możliwości. A może nie wypada? Może powinnam wyrzucić? Nie chciałabym komuś podarować przykrej niespodzianki. Ale były już raz szorowane gorącą wodą i wydają się wolne od jakichkolwiek nieproszonych gości, a szkoda mi tak produkować hałdy plastiku, jak się mogą jeszcze komuś przydać. I tak to wewnętrzny konflikt powoduje brak działania, a brak przestrzeni w środku mnie na refleksję nad plastikowymi pudłami powoduje brak szans na rozwiązania wewnętrznego konfliktu. A pudła sobie leżą w ogrodzie, miotane wichurami i siekane deszczem, aż oczy bolą.
Całe moje otoczenie zewnętrzne wydaje się trochę przeze mnie zaniedbane, poświęcam czas jedynie dziecku, a i to połowicznie.
Jeszcze tylko dziesięć dni.