Trochę chorujemy. Mo już szósty dzień, więc kończy się jej przydział na ten miesiąc, ja jakiś dzień czwarty, ale delikatnie, choć jestem słaba i co rano odkrztuszam dziwne stwory, to dzielnie chodzę do pracy.
Mi ma dziś chrypę, spał chyba z dziewięć godzin, czego mu zazdrościłam, tym bardziej, że wczoraj Late Late Toy Show, jeden z kultowych irlandzkich programów dla dzieci, który przeważnie rozpoczyna oczekiwanie na święta. Trwa do północy (tu przewracam oczami, my prawie padaliśmy, Mo dzielnie oglądała).. Adek zadzwonił, że Re pyta, czy Mo ogląda. Bo to irlandzka tradycja.
Mo odebrałam ze szkoły w poniedziałek po telefonie, że nie jest dobrze, podjechałam zaraz po swojej jednej godzinie zajęć i rzeczywiście – cała rozpalona i świszczy. Nie mogła znaleźć inhalatora i pożyczyła od koleżanki, ale koleżanka miała taki inny (kurcze muszę jej wbić do głowy, że leki to nie ołówki!). Ale już dobrze, kaszle wprawdzie jak stary gruźlik, ale nie świszcze.
A poza tym piszę eseje na zaliczenie, obecnie siedzę we Freudzie i już mi się wszystko kojarzy.