Szpilka

Katastrofę zaczęłam przeczuwać dzisiaj w nocy o trzeciej nad ranem, no bo o której można przeczuć katastrofę, jak nie właśnie wtedy. Przeczucie to zamieniło się w pewność i zapewne wybudziło mnie ze snu, niby głębokiego, ale tylko trzy godzinnego. Za zimno, za gorąco, za KONKRETNIE, za bardzo mi serce bije, tak, jakbym czekała na tę katastrofę i czekała, a ona ciągle tuż za rogiem. I tak się kręciłam do rana. Katastrofa w końcu zwizualizowała się w formie myśli ‚jeśli ten świat nie zejdzie ze mnie, to ja zejdę z tego świata’.

Jest niezmiernie ciężko, praca, bycie mamą i studia, fascynujące, ekscytujące, fantastyczne, ale 300 stron obowiązkowych tekstów co miesiąc plus czytanie niezbędne do esejów. Ja kocham czytać i o niczym tak nie marzę, jak zaszyć się z kawką i Freudem pod kocykiem, ale NIE MAM CZASU.

W pracy gaszę pożary, powinnam się nie przejmować, robić tylko to, co niezbędne, nie angażować się, ale jak mam to zrobić, jak wtedy studenci – bardzo delikatni (‚vulnerable’ nie ma dobrego odpowiednika), niektórzy z doświadczeniem uchodźczym, niektórzy po raz pierwszy w życiu przekraczający progi uczelni, niepewni siebie, zakompleksieni, bez kompetencji kulturowych – zostaną na lodzie. Nie mogę tak, nie potrafię tak. Trzy wieczory w tygodniu zajęte pracą i studiami, nie ma gdzie nawet szpilki wcisnąć. (O przepraszam, nieprawda – dziś siedzę w szkole do 21.30, studenci piszą test, a jak właśnie teraz wciskam szpikę.)

Zastanawiam się, czy ten blog jest zapisem porażek, czy sukcesów? Na razie czuję się jak porażka, nie daję rady, wczoraj się z bezsilności i zmęczenia rozpłakałam u Śmiesznego Dziadka (który na powrót stał się Śmiesznym Dziadkiem, na całe szczęście, jeszcze nam tu Stalina brakowało) – jak mam to wszystko poukładać?

Gdybym była Margaret Thatcher, gdybym była Eleonorą Roosevelt, Ursulą von den Leyen. A jestem tylko Panną Anną Hanną Wanną.