Kompletna zajętość powoli do mnie dopełza, sprawy kłębią się i pęcznieją i nagle nabierają mocy urzędowej i nie ma zmiłuj, trzeba usiąść i odwalić robotę. Eseje na zaliczenie, spotkania zespołu, remont łazienki za rogiem, a tu jeszcze ostatnie poprawki do rozdziału – profesorka napisała w środę, czy mogę do piątku jej odesłać, przy okazji podesłała ciekawy artykuł, który może warto jeszcze wspomnieć. Skończyłam w niedzielę rano, bo w sobotę poszliśmy na Warhola.
Warhol to odkrycie. Myślałam, że to nic takiego, poza pozerstwem i skandalami, pop sztuka, Marylin Monroe i Mao z pomalowanymi powiekami, a okazało się, że umiał rysować. Jego wczesne prace w stylu Chagalla zachwyciły mnie. Poźniejsze robienie sobie jaj ze snobistycznej elity również – kiedy stał się sławny i każdy chciał mieć Warhola na ścianie, namalował serię krzeseł elektrycznych w wesołej kolorystyce. Powieście sobie coś takiego na ścianie w dużym pokoju.
Halloween w tym roku minął bez szaleństw, prawie już o nim zapomniałam. Ja byłam na zajęciach – bardzo dziwnych, cztery godziny siedzieliśmy wśród odgłosów wybuchów i skojarzenia z bombardowaniami Ukrainy i Gazy nasuwały się same. Mo z Mi dotarli do domu późno, szybkie przebranie i Mo wyszła z domu na zbieranie słodyczy.

A wiecie, że kiedyś w Irlandii wcale nie krzyczało się ‚trick or treat’ i nie rzeźbiło dyni? Ludzie się wprawdzie przebierali, ale dzieciaki wołały ‚help the Halloween party!’ i rzeźbiły w rzepce, nie w dyni. Trick or treat, jak wiele Irlandzkich tradycji (np. marsz na świętego Patryka), przyszło z Ameryki.
Ulubiona zmiana czasu tym razem mnie rozczarowała – niby mam godzinkę więcej, ale gdzie ona jest???