Obserwacja

Jednym z wymogów naszego kursu jest obserwacja niemowlęcia.

Każdy student na zaliczenie przedmiotu musi obserwować niemowlę w jego domu rodzinnym przez jedną godzinę w tygodniu przez około 18 miesięcy. Nie mogą być to znajome niemowlęta, nie może być to nikt z rodziny ani znajomych – tu działają te same zasady co przy terapii (nie można terapeutyzować nikogo znajomego).

Obserwacje, odpowiednio anonimizowane, są omawiane na cotygodniowym seminarium.

Niemowlęta musimy sobie sami znaleźć.

Jest to tak dziwna prośba, że pewno zdajecie sobie sprawę, że nie jest to proste. Znajdowanie niemowlęcia jest częścią naszego kształcenia – jak do tego podchodzimy, jak sobie radzimy z niepewnością, jak utrzymujemy motywację w sytuacji która naprawdę zdaje się beznadziejna.

Wyobraźcie sobie ogloszenie ‚Hej, jestem XXX studiuję XXXX na Uniwerystecie X. Częścią naszego kształcenia jest wiedza o rozwoju dziecka, którą mamy nadzieję zdobyć obserwując niemowlę w jego otoczeniu domowym. Jeśli jesteś w ciąży albo masz małe dziecko (do 4 tygodni) i byłabyś zainteresowana udziałem w obserwacji, skontaktuj się ze mną XXX’

Mnóstwo zainteresowanych, prawda?

Czy jest to wykorzystywanie kogoś – czy jednak nie? Czy prosimy o przysługę, czy coś dajemy? Nie możemy oferować żadnych pieniędzy.

Na razie oscyluję pomiędzy ‚co za idiotyczna prośba, kto by się na coś takiego zgodził? Przyjmować co tydzień w domu kogoś obcego, kto będzie siedział i się gapił i mnie oceniał jak opiekuję się dzieckiem!’ a ‚oferuję tym rodzinom coś: mój czas i spokojną obecność. Nie jest to prezent, który każdy doceni i który się każdemu przyda, ale może jest chociaż jedna mama w całym Dublinie która z tego skorzysta i do czegoś jej się to przyda’.

Każdy certyfikowany profesjonalista z mojej dziedziny zaliczył obserwację.

Ciągle nam powtarzają, że znajdziemy nasze dziecko.

Trudno mi w to uwierzyć.

Ale się nie poddaję, staram się bez za dużego rozkminiania rozwozić ogłoszenia, odwiedzam biblioteki, przedszkola, domy kultury.

Metodę wymyśliła Esther Bick, Żydówka z Polski 70 lat temu i to między innymi dzięki tej metodzie powstała teoria więzi, jedna z ważniejszych w psychologii – słynna Mary Ainsworth obserwowała właśnie matki i niemowlęta w otoczeniu domowym.

Pluszowy listopad

Niedziela wieczór, cóż mądrego można napisać po dziesięciu godzinach czytania o obronach, symptomach, nieświadomości, Edypie i seksie?

Wiadomo, więc się nie spodziewajcie.

Trochę się bęckuję na WhatsAppie z rodziną na różne tematy, niepotrzebnie oczywiście. No ale jak się ma siostry, to nie można się nie pokłócić, prawda? Uwielbiam moje siostry, mamy taki włosko-mafijny styl rozmawiania, jak z filmów Almodovara: każda rozmowa zaczyna się rozważnie i spokojnie, a kończy trzema szybkimi z liścia. A potem się przepraszamy, kochamy i dzwonimy do siebie, że nie chciałyśmy tak zaboleć.

Te rozmowy trochę rozładowują moje popędy agresywno-libidinalne, bo cały dzień spędziłam w łóżku z komputerem i stosem książek/wydruków/wypocin, aż się spociłam. Nuda.

Jeden prawie skończony, muszę go tylko jeszcze przyciąć i napisać zakończenie.

Drugi dopiero zaczęty, ale jest o niemowlęctwie i więzi, więc będzie się przyjemniej pisało.

Za oknem pluszowy (od pluchy) listopad, więc nie wychylam nosa.

Dobranoc Państwu.

Dupa Maryni

Trochę chorujemy. Mo już szósty dzień, więc kończy się jej przydział na ten miesiąc, ja jakiś dzień czwarty, ale delikatnie, choć jestem słaba i co rano odkrztuszam dziwne stwory, to dzielnie chodzę do pracy.

Mi ma dziś chrypę, spał chyba z dziewięć godzin, czego mu zazdrościłam, tym bardziej, że wczoraj Late Late Toy Show, jeden z kultowych irlandzkich programów dla dzieci, który przeważnie rozpoczyna oczekiwanie na święta. Trwa do północy (tu przewracam oczami, my prawie padaliśmy, Mo dzielnie oglądała).. Adek zadzwonił, że Re pyta, czy Mo ogląda. Bo to irlandzka tradycja.

Mo odebrałam ze szkoły w poniedziałek po telefonie, że nie jest dobrze, podjechałam zaraz po swojej jednej godzinie zajęć i rzeczywiście – cała rozpalona i świszczy. Nie mogła znaleźć inhalatora i pożyczyła od koleżanki, ale koleżanka miała taki inny (kurcze muszę jej wbić do głowy, że leki to nie ołówki!). Ale już dobrze, kaszle wprawdzie jak stary gruźlik, ale nie świszcze.

A poza tym piszę eseje na zaliczenie, obecnie siedzę we Freudzie i już mi się wszystko kojarzy.

Roboty w kosmos

Mam nadzieję, że bananów dziś wystarczy, bo miałam bardzo nieprzyjemną sytuację w pracy i nie chciałabym pół nocy się w łóżku przewracać rozkminiając to, czego nie ma co rozkminiać.

Zaprawdę zaprawdę, powiem wam prawdę, najgorsze ludzie w firmie to zawsze w haerze, bo to roboty są i mają robić jak im władza nakazuje. Dostałam dziś nieprzyjemnego maila od robotów, że to że siamto, że mam błąd w kontrakcie, więc zaraz i natychmiast powinnam podpisać zmieniony kontrakt.

Ciśnienie mi podskoczyło, a nie powinno, bo co mnie będą jakieś EjAje straszyć, automatony z haeru, jak ja WIEM, że co podpisane przez dwie strony jest obowiązujące i proszę się ode mnie odpimpać, błąd w kontrakcie?? A kto ten kontrakt pisał, już nie mówię, że trzeba czytać co się podpisuje, bo to różnie bywa, ale choć na boga!, trzeba czytać, co się pisze (ze zrozumieniem, zawsze to mówię studentom). W mailu pani sztuczna inteligencja, bo chyba nikt z prawdziwą by tak nie wykonywał bezmyślnie rozkazów, przekręciła jeszcze nazwę rodzaju mojej umowy o pracę.

Wiem, nie powinnam się dziwić, a co dopiero obruszać, bo w wielkich firmach to zwykle jest ‚wina Tuska’, tfu, systemu, nie wie lewica co robi prawica, po prostu system im się przepalił na złączach na moim niestandardowym kontrakcie, korki wysadziło, RED ALERT się pojawił, ale w kontekscie ostatniego rozwoju akcji, kiedy mnie POPROSILI, żebym jeszcze została na stanowisku, bo nie mają nikogo (i dalej nie mają nikogo a ja już zostać na kierowniczym stanowisku jednego działu nie zamierzam), w kontekście ostatnich afer, kiedy to studenci dali się uspokoić i załagodzić, bo ja z nimi ROZMAWIAŁAM, a nie wysyłałam im maile z automatu, to taki cios z liścia, tak zwany nuż w bżuhu, kop z półobrotu od robota zabolał podwójnie. A nie powinien.

Bo mam świadomość. Bo jestem przecież lewaczką.

Studenci są zadowoleni, szefowa od spraw akademickich jest zadowolona, szefowa od spraw pracowniczych jest zadowolona, ale SYSTEM POKAZUJE, ŻE TAK NIE MOŻE BYĆ, więc automatony prześladują mnie aneksem do umowy, przy czym sami nie wiedzą, o jakiej umowie piszą.

Smaczku dodaje fakt, że robot to moja była studentka.

Powinnam była ją wysłać w kosmos, kiedy jeszcze mogłam.

Szpilka

Katastrofę zaczęłam przeczuwać dzisiaj w nocy o trzeciej nad ranem, no bo o której można przeczuć katastrofę, jak nie właśnie wtedy. Przeczucie to zamieniło się w pewność i zapewne wybudziło mnie ze snu, niby głębokiego, ale tylko trzy godzinnego. Za zimno, za gorąco, za KONKRETNIE, za bardzo mi serce bije, tak, jakbym czekała na tę katastrofę i czekała, a ona ciągle tuż za rogiem. I tak się kręciłam do rana. Katastrofa w końcu zwizualizowała się w formie myśli ‚jeśli ten świat nie zejdzie ze mnie, to ja zejdę z tego świata’.

Jest niezmiernie ciężko, praca, bycie mamą i studia, fascynujące, ekscytujące, fantastyczne, ale 300 stron obowiązkowych tekstów co miesiąc plus czytanie niezbędne do esejów. Ja kocham czytać i o niczym tak nie marzę, jak zaszyć się z kawką i Freudem pod kocykiem, ale NIE MAM CZASU.

W pracy gaszę pożary, powinnam się nie przejmować, robić tylko to, co niezbędne, nie angażować się, ale jak mam to zrobić, jak wtedy studenci – bardzo delikatni (‚vulnerable’ nie ma dobrego odpowiednika), niektórzy z doświadczeniem uchodźczym, niektórzy po raz pierwszy w życiu przekraczający progi uczelni, niepewni siebie, zakompleksieni, bez kompetencji kulturowych – zostaną na lodzie. Nie mogę tak, nie potrafię tak. Trzy wieczory w tygodniu zajęte pracą i studiami, nie ma gdzie nawet szpilki wcisnąć. (O przepraszam, nieprawda – dziś siedzę w szkole do 21.30, studenci piszą test, a jak właśnie teraz wciskam szpikę.)

Zastanawiam się, czy ten blog jest zapisem porażek, czy sukcesów? Na razie czuję się jak porażka, nie daję rady, wczoraj się z bezsilności i zmęczenia rozpłakałam u Śmiesznego Dziadka (który na powrót stał się Śmiesznym Dziadkiem, na całe szczęście, jeszcze nam tu Stalina brakowało) – jak mam to wszystko poukładać?

Gdybym była Margaret Thatcher, gdybym była Eleonorą Roosevelt, Ursulą von den Leyen. A jestem tylko Panną Anną Hanną Wanną.

Wednesday, mimo, że poniedziałek

Kompletna zajętość powoli do mnie dopełza, sprawy kłębią się i pęcznieją i nagle nabierają mocy urzędowej i nie ma zmiłuj, trzeba usiąść i odwalić robotę. Eseje na zaliczenie, spotkania zespołu, remont łazienki za rogiem, a tu jeszcze ostatnie poprawki do rozdziału – profesorka napisała w środę, czy mogę do piątku jej odesłać, przy okazji podesłała ciekawy artykuł, który może warto jeszcze wspomnieć. Skończyłam w niedzielę rano, bo w sobotę poszliśmy na Warhola.

Warhol to odkrycie. Myślałam, że to nic takiego, poza pozerstwem i skandalami, pop sztuka, Marylin Monroe i Mao z pomalowanymi powiekami, a okazało się, że umiał rysować. Jego wczesne prace w stylu Chagalla zachwyciły mnie. Poźniejsze robienie sobie jaj ze snobistycznej elity również – kiedy stał się sławny i każdy chciał mieć Warhola na ścianie, namalował serię krzeseł elektrycznych w wesołej kolorystyce. Powieście sobie coś takiego na ścianie w dużym pokoju.

Halloween w tym roku minął bez szaleństw, prawie już o nim zapomniałam. Ja byłam na zajęciach – bardzo dziwnych, cztery godziny siedzieliśmy wśród odgłosów wybuchów i skojarzenia z bombardowaniami Ukrainy i Gazy nasuwały się same. Mo z Mi dotarli do domu późno, szybkie przebranie i Mo wyszła z domu na zbieranie słodyczy.

A wiecie, że kiedyś w Irlandii wcale nie krzyczało się ‚trick or treat’ i nie rzeźbiło dyni? Ludzie się wprawdzie przebierali, ale dzieciaki wołały ‚help the Halloween party!’ i rzeźbiły w rzepce, nie w dyni. Trick or treat, jak wiele Irlandzkich tradycji (np. marsz na świętego Patryka), przyszło z Ameryki.

Ulubiona zmiana czasu tym razem mnie rozczarowała – niby mam godzinkę więcej, ale gdzie ona jest???