Minęłam siebie na schodach

I oto pierwszy dzień szkoły nadszedł, jak zwykle nadchodzą różne ważne daty, zaplanowane wydarzenia i istotne lub mniej zobowiązania.

Ja w biegu, właściwie nie wiem dlaczego, bo przecież nie ma żadnego powodu do tego pędu, bo tylko jedna godzina z dziennymi i tylko jeden wykład z wieczorowymi, no ale tak widocznie musi być: rok szkolny się zaczyna i człowiek musi być w pośpiechu.

Więc w pędzie, prawie spóźniona na pierwsze zajecia (prawie, bo trzy minuty spóźnienia to przecież nie ma o czym mówić), jadę po Mo, żeby ją zabrać na pierwszą lekcje muzyki w tym roku, zapominam telefonu w szkole, wracam do szkoły, znajduję telefon, spóźniamy się na jej pierwszą lekcję.

Widocznie tak musi być, myślę, widocznie moja nieświadomość nie wierzy, że pierwszy dzien może być spokojny i zrelaksowany.

Potem kradnę czterdzieści minut na kawkę i bloga.

I wracam do pracy.