Spokojne, upalne popołudnie. Szkoła zaczęła się na dobre, daje to chwilę oddechu zaganianym rodzicom.
Siedzę sobie w cieniu na ławeczce obok pralni samoobsługowej. Suszę ostatnią partię poduszek, kołder, czapek, szalików i spodni Mi, a ze spodniami mój mąż sobie nie krzywduje, ma ich chyba ze czterdzieści!
Lubię te wrześniowe dni w Irlandii, często bardziej słoneczne niż w lipcu i sierpniu. Babie lato, błękitne niebo, słońce. I ten chłodniejszy wiatr sprawiający, że popołudnie jest całkiem przyjemne. Dzieci w szkolnych barwach na zielonym boisku grające w hurling albo rugby. Rodzice z przyjemnością wracający do pracy…
Pierwszy tydzień studiów był bardzo intensywny. Tak bardzo, że w piątek po południu, po wykładach i zajęciach z procesów grupowych, które wyglądają i brzmią jak terapia, ale terapią nie są, miałam ochotę wybiec z dusznej sali i biec prosto przed siebie, byle dalej.
Ale już dobrze. Wekend był piękny. Weszlimy na górę i wykąpalimy się w morzu. Góra w upale i słońcu, nad morzem chłód i mgła, za to kocham Dublin.

Emocjonalnie wyczerpujące wykłady i ćwiczenia, bardzo, bardzo ciekawe, ale też obciażające. Nie są to zwykłe studia, raczej warsztaty, trening, ćwiczenia w dopuszczaniu do głosu zapiekłych uczuć, pragnień i niedogotowanych jeszcze impulsów. Trenują nam ciało i duszę, intelekt i emocje, nasze całe bycie w świecie. W ciągu pierwszych trzech dni zachłysnęłam się zajęciami, w czwartek i piątek czułam narastające uczucie przeładowania.
W niedzielę rzuciłam się na ogród i przycięłam połowę chaszczy. Dziś mam na trawniku górę gałęzi i liści i nie bardzo wiem, co z tym robić. Kompost już dawno porósł dzikimi pnączami, za szopą przejście zupełnie zarosło.
Ostatnia partia kołder i poduch gotowa. Jeszcze w piątek pan przyjdzie pryskać i może będziemy mieli koszmar za sobą.
W pracy powoli zaczyna się praca.
Jutro spotykam się z Ważnym Panem.
Będzie dobrze.
Albo nie będzie.