Właściwie nie wiem, jak się czuję

Kolejny tydzień za nami, cały dzień moich zajęć wczoraj, w sobotę, w tygodniu dwa spotkania ze Śmiesznym Dziadkiem i piewsze wykłady. Mamy mało studentów w tym roku, gdybym nie wymyślila sobie nowej drogi życia, już bym panikowała, myślę sobie, oddycham z ulgą, że jednak poszłam, zaryzykowałam, spóbowałam.

Choć Nowa Droga Życia też trochę straszna – ekscytująca, ciekawa, ale nowa, jeszcze niewygodna, jeszcze nie wiem, czy Moja, czy jakaś taka niemoja jednak. Mam ogromne opory, są chwile, kiedy czuję, jakbym odnalazła dawno zagubioną część siebie, coś się zgubiło i teraz znalazło, halo halo! oto jestem tu i zawsze byłom, radość zapala się jak słoneczko. Ale są też chwile, kiedy chciałabym uciec, jak wtedy po całym tygodniu zajęć, kiedy biegłam do cukierni po ciasto urodzinowe dla dziecka mojej ulubionej sąsiadki, myślałam, że biegnę do cukierni, bo ją zaraz zamkną, ale kiedy tam się znalazłam, żadne ciasto nie było dość dobre i uświadomiłam sobie, że biegłam od, nie do, uciekałam skądś, a nie biegłam dokądś.

A do tego moja ulubiona sąsiadka rozstaje się z facetem. Jest to koniec ich świata i naszego też, myślę sobie egoistycznie. Mieliśmy tak fajnie, tak wygodnie, przyjęcia i urodziny, seanse filmowe i gry planszowe, mogliśmy podrzucić im Mo, a oni nam swojego syna, spotykaliśmy się w parku i na spacerach, na Halloween i Christmas. Ulubiona sąsiadka zna setki ludzi i zawsze z kimś ciekawym nas poznała. A najgorsze w tym wszystkim, że nie wiem, co się stało, bo nas unika, to znaczy cały czas CHCE się ze mną/z nami spotkać, umawiamy się od miesiąca, ale cały czas coś jej wypada, odwołuje, albo umawia się ze mną tak, żebym czasem nie dała rady przyjść. Nie widzieliśmy się od trzech miesięcy, bo wyjazdy, nasze i ich, bo potem u nas chłopaki, czyli moi bratankowe i wakacje, a teraz już miesiąc mija i ciągle jakoś nie po drodze. Nie wiedziałam, że tak mnie to zaboli, jakby nie tylko z facetem zerwała, ale także ze mną.

Minęłam siebie na schodach

I oto pierwszy dzień szkoły nadszedł, jak zwykle nadchodzą różne ważne daty, zaplanowane wydarzenia i istotne lub mniej zobowiązania.

Ja w biegu, właściwie nie wiem dlaczego, bo przecież nie ma żadnego powodu do tego pędu, bo tylko jedna godzina z dziennymi i tylko jeden wykład z wieczorowymi, no ale tak widocznie musi być: rok szkolny się zaczyna i człowiek musi być w pośpiechu.

Więc w pędzie, prawie spóźniona na pierwsze zajecia (prawie, bo trzy minuty spóźnienia to przecież nie ma o czym mówić), jadę po Mo, żeby ją zabrać na pierwszą lekcje muzyki w tym roku, zapominam telefonu w szkole, wracam do szkoły, znajduję telefon, spóźniamy się na jej pierwszą lekcję.

Widocznie tak musi być, myślę, widocznie moja nieświadomość nie wierzy, że pierwszy dzien może być spokojny i zrelaksowany.

Potem kradnę czterdzieści minut na kawkę i bloga.

I wracam do pracy.

W poniedziałek nareszcie pada

Za tydzień zaczynam wykłady, tym razem po przeciwnej stronie klasy. Tak sobie w tym roku poukładałam, że mam tylko trzy przedmioty i to wyłącznie z mojej dziedziny, takie, do których nie muszę się w ogóle przygotowywać. Żyć nie umierać. Z drugiego uniwerku zrezygnowałam, nie płacili dobrze i jednak trochę czasu mi to zabierało. A teraz pierwszy raz w mojej karierze mam taki luz.

Ale muszę go mieć, żeby dać sobie radę ze studiami, które jednak są dość pracochłonne. Oprócz zajęć mamy bowiem, nazwijmy to, praktykę kliniczną, i pewne dodatkowe obowiązki. I mnóstwo czytania, oczywiście, co akurat lubię. Choć właśnie odkryłam, że jednak w momencie, jak to czytanie jest ode mnie wymagane, to lubię trochę mniej.

Cały tydzień i połowa weekendu była piękna, tłumy na plaży w Donabate jak na Rivierze.

Nie mogłam się oprzeć i wykąpałam się, mimo, że coś mnie lekko w kościach łamało, a następnego dnia łamanie sobie poszło. Mówiłam, że pływanie w zimnej wodzie jest dobre na wszystko?

Ale hiszpańskie upały już się skończyły, nie wierzę, że to piszę, ale napiszę: i całe szczęście. Było nie do wytrzymania, w piątek, kiedy przyszedł pan od trucizny byłam tylko w szkole i w pralni, a wieczorem bolała mnie głowa z upału i zmęczenia. Nie mogłam wejść do domu przez pół dnia, czekałam więc w aucie, strużki potu ciekły mi po twarzy i kapały na bluzkę, prawie zemdlałam, kiedy poszłam na lunch z Mi, do parku na trawkę. Duża wilgotność w Irlandii powoduje, że już 26 stopni jest nie do zniesienia.

Adek już niedługo wyjeżdża na studia. Jest mi trochę smutno, był z nami dwa tygodnie i bardzo się nim cieszyliśmy. Zrobił się z niego taki dorosły, empatyczny facet, z którym łatwo się dogadać i który nas rozumie. Oto mam żywy dowód, że dzieci wyrastają z nastoletniego buntu, muszę o tym pamiętać za lat pięć, jak Mo w niego wejdzie. Nie oznacza to oczywiście, że robi to, co my chcielibyśmy, ale dajemy mu wolność do życia po swojemu, a w zamian on nam pomaga, bo rozumie nasze trudności.

W oczekiwaniu na pana z trucizną

Jeszcze raz wszystko popakowane w torby, dokładnie 23 duże worki. Na szczęście wpadłam na pomysł, żeby większość rzeczy popranych i wyparzonych trzymać w szczelnie zapinanych przeźroczystych worach, a wszystko, co z nich wyciągaliśmy i używaliśmy, lądowało z powrotem w czarnych torbach na brudy i będzie ponownie prane i wyparzane. Tak samo, jak cała nasza pościel, kołdry, koce, poduszki, która już czeka w kuchni gotowa do pralni.

Wczoraj przygotowywaliśmy mieszkanie do zaplanowanego drugiego oprysku i pod łóżkiem znalazłam jedną, małą, ale nażartą po same uszy, jeśli mają uszy. Mam nadzieję, że to z tych, co mogły się jeszcze wykluć, bo niestety chemikalia nie zabijają jajek i mam drugą nadzieję, że jeszcze była za mała, żeby się rozmnożyć. I że dziś po wizycie pana z trucizną będziemy wreszcie mieli spokój. Dlatego zamawiam u Was kciuki i czary i wszystko, czym dysponujecie! Dla pewności przez następne pół roku będę robiła kontrolę pod łóżkiem, parowała materace i podsypywała im ziemię okrzemkową ku zczeznięciu i wreszcie do nich dotrze, że nie są tu mile widziane.

Dziś znowu upał. Wprawdzie, jak pisałam, wrzesień jest przeważnie piękny w Irl. ale takie temperatury są tu niespotykane. Przez pięć dni słońce, słońce, słońce, tak gorąco, że trudno funkcjonować w dzień (26 stopni!) o spać w nocy, bo 17 stopni w nocy to może nie jest dużo w Polsce, ale dla Irlandczyków to ukrop. Ale już jutro ma się zmienić i znajome deszcze mają powrócić na zieloną wyspę. Alleluja.

Przeżuwam studia. Nie do końca jestem pewna, czy to dobry wybór, jest parę rzeczy, które mi się nie bardzo podobają. Nie jestem już niestety nastolatką, która idealizuje wykładowców i zachwyca się wszystkim, mam dość duże opory przed zamknięciem oczu i skokiem na główkę. Pociesza mnie, że wbrew pozorom śpię znakomicie, a jest to dla mnie jest zawsze probierz, czy czasem nie dzieje się coś pod powierzchnią, czego nie jestem świadoma. Wygląda więc na to, że świadoma jestem wielu (potencjalnych) słabych stron, z których najbardziej gryzie mnie to, że nie jest to twarda nauka, raczej jakby trochę bardziej sztuka. Ja zawsze wierzyłam w twarde dane, fakty, liczby i prawa obiektywne, eksperymenty i badania, a w tej dziedzinie jest bardzo trudno przeprowadzić porządne badania, gdzie można by wyizolować, kontrolować i obserwować wszystkie najważniejsze zmienne. Moja dusza nerda płacze rzewnymi łzami w kształcie regresji i chi-kwadratu.

Jesienią zawsze zaczyna się szkoła

Spokojne, upalne popołudnie. Szkoła zaczęła się na dobre, daje to chwilę oddechu zaganianym rodzicom.

Siedzę sobie w cieniu na ławeczce obok pralni samoobsługowej. Suszę ostatnią partię poduszek, kołder, czapek, szalików i spodni Mi, a ze spodniami mój mąż sobie nie krzywduje, ma ich chyba ze czterdzieści!

Lubię te wrześniowe dni w Irlandii, często bardziej słoneczne niż w lipcu i sierpniu. Babie lato, błękitne niebo, słońce. I ten chłodniejszy wiatr sprawiający, że popołudnie jest całkiem przyjemne. Dzieci w szkolnych barwach na zielonym boisku grające w hurling albo rugby. Rodzice z przyjemnością wracający do pracy…

Pierwszy tydzień studiów był bardzo intensywny. Tak bardzo, że w piątek po południu, po wykładach i zajęciach z procesów grupowych, które wyglądają i brzmią jak terapia, ale terapią nie są, miałam ochotę wybiec z dusznej sali i biec prosto przed siebie, byle dalej.

Ale już dobrze. Wekend był piękny. Weszlimy na górę i wykąpalimy się w morzu. Góra w upale i słońcu, nad morzem chłód i mgła, za to kocham Dublin.

Emocjonalnie wyczerpujące wykłady i ćwiczenia, bardzo, bardzo ciekawe, ale też obciażające. Nie są to zwykłe studia, raczej warsztaty, trening, ćwiczenia w dopuszczaniu do głosu zapiekłych uczuć, pragnień i niedogotowanych jeszcze impulsów. Trenują nam ciało i duszę, intelekt i emocje, nasze całe bycie w świecie. W ciągu pierwszych trzech dni zachłysnęłam się zajęciami, w czwartek i piątek czułam narastające uczucie przeładowania.

W niedzielę rzuciłam się na ogród i przycięłam połowę chaszczy. Dziś mam na trawniku górę gałęzi i liści i nie bardzo wiem, co z tym robić. Kompost już dawno porósł dzikimi pnączami, za szopą przejście zupełnie zarosło.

Ostatnia partia kołder i poduch gotowa. Jeszcze w piątek pan przyjdzie pryskać i może będziemy mieli koszmar za sobą.

W pracy powoli zaczyna się praca.

Jutro spotykam się z Ważnym Panem.

Będzie dobrze.

Albo nie będzie.