Nieproszeni goście, rzeczy w czarnych worach, świetlica dzwoni, że Morinka spadła z huśtawki i są na pogotowiu, brak snu, bo ciągle mi się wydaje, że po mnie coś łazi, rozmrożona zamrażarka i ryba zjadana na szybko, żeby się nie zepsuła, sny o insektach, sprawy pracowe, zupełnie niejasne strony internetowe państwa polskiego, gdzie nic nie jest proste i wszystko wymaga dziesięciu logowań i pięciu maili, stres, że nie zdążę z dokumentami, które mam donieść, niestrawność po rybie, strach, czy sobie poradzę na nowych studiach kosztujących 10 tys euro, stres, potworny stres, bo wszystko wymyka się z rąk, bo boję się spać we własnym łóżku, budzę się w nocy i nie mogę zasnąć i śnię o insektach, albo że karmię całą moją rodzinę zatrutą zupą i wszyscy umrą, na dodatek guma w ostatnim środku transportu, na dodatek do gumy złapanej w rowerze Mi, czyli przedostatnim środku transportu i do auta pożyczonego na wycieczkę przez brygadę Adka, wszystko to, wszystko to zaowocowało wczoraj karetką pogotowia. A właściwie strażą pożarną, bo karetki nie było w pobliżu. Morinka przerażona, płacze, ja nie mogę złapać oddechu.
Wydawało mi się, że się duszę, a to był tylko atak paniki.