Dziwne ścieżki państwa W.

Chodziliśmy w Berlinie dziwnymi ścieżkami:

Często upojeni bez kropli alkoholu:

Odwiedziliśmy squat:

I alternatywny sklep:

…gdzie Mo przeżyła instant friendship, bo zaprzyjaźniła się z angielską dziewczynką w 3 minuty. Obie były zachwycone, że mówią w tym samym języku, tylko inaczej.

Berlin zaskoczył nas mnóstwem rzeczy, a wśród nich popularnością wegańskiej diety, mnóstwem knajp i taniego wegańskiego jedzenia w sklepach.

Zaskoczył nas również najlepszą kawą jaką piłam w życiu, być może chodzi o świadome picie, bo może i kiedyś gdzieś tam była lepsza. Kawę dostaliśmy w małym sklepiku tuż obok naszego hotelu, miejscu specjalizującym się w profesjonalnych ekspresach do kawy, bez zadęcia i dizajnerskiego wystroju wnętrz, z dwoma jedynie stolikami i przyjaznym właścicielem. Postanowiłam sobie kupić ekspres na pięćdziesiątkę, ale już wiem, że nie ma co kupować taniego, bo cały sens posiadania ekspresu w domu to ten nieziemski smak, którego bylejaki sprzęt nie odtworzy.

Mi ułożył nam maksymalny plan kulturalny i w ciągu trzech dni odwiedziliśmy trzy galerie.

Mo w każdej z nich znalazła coś dla siebie i okazało się, że jej ulubionym rodzajem sztuki są obecnie instalacje multimedialne. W zaciemnionych salach z dziwnymi dźwiękami i jeszcze dziwniejszymi obrazami potrafi spędzić całą godzinę.

Z dużą satysfakcją obserwuję, jak w Mo rozwija się umiejętność odbioru sztuki. Chodzimy z nią na różne wystawy od lat, głównie w IMMA, bo mieszkamy tuż przy i pamiętam, że jeszcze całkiem niedawno mogliśmy liczyć na 15-20 minut zainteresowania ekspozycją, potem zawsze musiała być kawiarnia i duże ciacho, czyli klasyczne wzmocnienie behawioralne:) A w sobotę zorientowałam się, że spędziliśmy w galerii ponad dwie godziny, ja byłam już głodna, a Mo nie chciała jeszcze wychodzić. Ale trzeba jej pozwolić zwiedzać na własną rękę, biegać po schodach, smakować sztukę samodzielnie i spędzać tyle czasu przed każdnym eksponatem, ile uzna za stosowne. I ufać, że się nie zgubi.

Zaliczyliśmy oczywiście również bardziej normalne zabytki, jak brama Brandenburska i najstarszy zachowany kościół, ale muszę przyznać, że alternatywny Berlin był bardziej pociągający.

Nic przecież ciekawego nie ma w widoku powielonym i widzianym tysiące razy, symulakrum zawłaszczonym przez mass media, którego autentyczne doświadczenie tu i teraz ma się nijak do nieautentycznego symbolu kultury, bo jedyne, co człowiekowi zostało to myśl ‚a więc TO JEST TO…. Hmm … jest większe/mniejsze/brzydsze/piękniejsze niż myślałam’.