Wody, prądy, wibracje

Kąpalismy się w morzu, jak w pierwotnych wodach matki ziemi, wracając do początku. Często dwa razy dziennie, pomiędzy nimi spacery w balsamicznym sosnowym lesie. Pogoda idealna – pada, wieje, chmurzy, burzy, a potem nagle słońce. Nie było upałów, nie było powolnego snucia się jak muchy w topniejącym asfalcie.

Poziom cielesny harmonizowal z uczuciowym, bo wyjazd nad morze jest wyjazdem rodzinnym. Miałam więc swoje dwie siostry i dwóch braci na miejscu, z mamunia i szwagierkami, Mo miała swoich kuzynów. Przez tydzień nastrajałam odbiornik społeczny, regulowałam uczucia i poszerzałam perspektywy.

Nie było to zawsze łatwe, tak jak bycie z morzem łatwe nie jest. Momentami zastanawiałam się, po co mi ta emocjonalna zupa, wysłuchiwanie o różnych potrzebach i chęciach, planach, zranieniach i pragnieniach, czemu co roku muszę się zanurzyć w tych odmętach uczuć i rozmów. Godzinami krążyłam od siostry, do brata i z powrotem do mamuni, dzieci, drugiej siostry ze szwagrem i tak dalej, w kółko i wciąż. A wieczorem jeszcze raz, wszyscy siedzieliśmy przy stole i rozmawialiśmy.

Ale teraz czekam na spokój, wiem wszystko co powinnam wiedzieć, jestem na nowo połączona z tymi, z którymi tak długo dzieliłam swia dzieliłam nowymi pędami emocji, dostrojona do nich wszystkich i wibracji każdego z osobna.