Chorowanie mnie wkurza! Nie, nie wkurza – irytuje.
Irytuje.
No bo co – ani nie da się pracować, ani odpoczywać. Trzeba z-w-o-l-n-i-c. Poleżeć. Posiedzieć. Pomarudzić. A już najgorzej gdy nic mi nie jest – nie boli, nie kłuje, nie wymiotuję, nie mam gorączki. Nawet nie mam się jak nad sobą poużalać – bo tak naprawdę nic mi nie jest. Nikt mi nie współczuje, bo tak naprawdę tylko nie mogę przestać kichać. Hahaha.
Jestem osłabiona. Hahaha. Sama sobie nie współczuję.
Ani nie mogę mieć luziku i się rozkoszować relaksem, bo sprawy pracowe czekają, ani nie mogę pracować, bo – w sumie nie wiem dlaczego. Organizm mówi nie i odmawia otwierania pracowych maili. O remoncie pokoju Mo nawet nie wspominając.
Chorowanie jest takie bez sensu. Piękna pogoda, słońce, środek lata. Mamy czas, samochód, pełny bak i prawo jazdy. Kupiłam sobie nawet kubek-termos do kawki, w kolorze brzoskwiniowym. Morze pół godzinki drogi od nas – a musimy siedzieć w domu.
Pisze Kasia Freya, co tam u nas i czy sie wybierzemy – a my covid.

Więcej nic ciekawego nie napiszę, ale ostrzegałam w tytule.