Ach! Jakie Porto jest piękne! Skradło mi serce i zawróciło w głowie.

Pierwszego dnia szwędaliśmy się po starym mieście, schodami w górę, schodami w dół, zaułkami, uliczkami, pomiędzy suszącym się praniem, stoliczkami kawiarnianymi a kamiennym murem.

Błękitne niebo i słońce, iberyjskie, malutkie kolorowe domeczki na zboczu rzeku Douro, mury pokryte kwitnącym właśnie wilcem purpurowym, mosty, skały i widoki zapierające dech.

Pyszna kawa (ale mleko roślinne tylko w centrum, w kawiarniach nastawionych na turystów). Pyszne wino (wszędzie i zawsze – kiedy zamawiałam herbatę do posiłku wiązało się to z przewracaniem oczami przez kelnera). I oczywiście porto, którego jednak spróbowałam tylko naparsteczek, bo w takich upałach od razu uderza do głowy, a ja przecież już miałam zupełnie zawrócone w głowie.
Porto jest tak intensywne, tak przemożne, tak uwodzące, że w nocy nie mogłam spać. Po całym dniu łażenia i słońca, leżałam rozbudzona prawie do rana, zbyt poruszona, zbyt wzruszona, żeby zasnąć.
Miasto, na które nie trzeba mieć planu, bo za każdym rogiem jest coś przepięknego, wystarczy iść przed siebie, gdziebądź, gdzie fantazja poniesie, tak, jak lubię najbardziej.

Miasto domów i kościołów o ścianach pokrytych mozaiką.


Tylko trzy dni, a czułam się, jakby to był tydzień. Płynęliśmy statkiem po rzece,

odwiedziliśmy muzeum sztuki współczesnej, kąpaliśmy się w Oceanie Atlantyckim, weszliśmy na skałki na brzegu rzeki, gdzie odezwał się mój lęk wysokości i bałam się, że zemdleję, więc zamknęłam oczy, bo było tak strasznie i pięknie (a Mo przytulała mnie i mówiła ‚jest OK, mama’).
A przede wszystkiem łaziliśmy w górę i w dół niezliczonymi schodami, otwierając oczy coraz bardziej szeroko, bo jak może być coś tak pięknego.

Porto mnie zachwyciło, i może to miasto, może pogoda, a może to, że byliśmy wszyscy razem: Mo, Mi, Ren, Adek i ja. Pierwszy raz w życiu zabraliśmy Adka na ‚wakacje do ciepłych krajów’ i to od razu z dziewczyną.

Mo nie odstępująca Ren na krok, jedząca śniadanko z Ren na balkonie, kiedy my jeszcze szykowaliśmy się do wyjścia.

Adek, którego pierwszy raz w życiu wyraźnie ucieszyła kąpiel w oceanie, mimo zimnej wody i fal.

Wszystko było tak bardzo, że potem, w nocy, kiedy wszyscy już poszli spać, chciało mi się płakać.