Wróciłam. Irlandia przywitała mnie chłodem i choć Mi i Mo przekonywali mnie, że jest bardzo ciepło i fajna pogoda, moje ciało czuło inaczej. Po gorącej końcówce maja i początku czerwca w Polsce, czułam Irlandię zimną i deszczową. Dopiero teraz, po czterech dniach, wewnętrzna temperatura dostosowała się do Dublińskich klimatów i nie muszę chodzić w grubym wełnianym swetrze. (A w domu 19.5 stopnia! ciepło, mówi Mi, zimno, mówi moje ciało).
Ale wróciłam jak do chłodnej pościeli, przyjemnej, pachnącej, mięciutkiej, wygodnej. Bezpiecznej. Znowu zaczęłam dobrze spać mając koło siebie ciało Mi. Nie tęskniłam, ale kiedy wróciłam poczułam, jakbym wróciła do domu. Do miejsca, gdzie jest przestrzeń na mnie, do formy powietrza w kształcie mojego ciała, która idealnie pasuje do moich ludzi i rzeczy tutaj.
Tym razem pobyt w Polsce był trudny, bo i przeprowadzka rodziców i moja praca na głowie. Codzienne sortowanie góry ciuchów i drobiazgów domowych, typu spinacze, nitki, guziki, wstążki, gumki, sznurki, pudełeczka, sitka, leki, leki, leki, bandaże. Tato tracący pamięć, mama coraz bardziej nieporadna. Upał. Nieporozumienia rodzinne. A do tego nadal mnóstwo pracy w pracy. I tak ten czas, który zawsze dawał mi wytchnienie, pozwalał oddawać się się nieskrępowanej refleksji ile jeszcze mnie w tamtej A., ile tamtej A. we mnie dzisiejszej, był napięty, stresujący, trudny. Wisienką na torcie była trudna walidacja programu, egzamin 4 godzinny na Zoomie, w napięciu i skupieniu, z notatkami i przećwiczonymi odpowiedziami.