Staram się

coś robić, ale szału nie ma.

Idzie opornie i powoli, nie pomaga to, że Mo jeszcze dziś w domu. Wczoraj słabo jeszcze jadła, więc zdecydowaliśmy przetrzymać ją jeden dzień dłużej.

A tu za trzy dni koniec szkoły o_o

Mój Wielki Plan musi zostać dopięty na ostatni guzik w tym tygodniu, myślę, że nie zdradzę za wiele, jak powiem, że są to kolejne studia. Dwa lata i potem jeszcze dwa lata praktyki i będę miała uprawnienia. Miejsc mało, uniwerek prestiżowy, mogę się nie dostać. Będziecie pocieszać.

Z najnowszych newsów – GDZIE UCIEKŁ TEN CZERWIEC??? Miałam tyyyyle zrobić, a pokój Mo ledwie ruszony. Żadna z innych letnich prac nawet nie zaczęta. Nie zdążę przed naszym wyjazdem na wakacje, tym bardziej, że już za 10 dni przyjeżdżają chłopaki do nas, czyli zaczyna się lato u cioci, a potem my z nimi nad polskie morze.

Mo by chciała pokój Alicji z Krainy Czarów, obawiam się, że wyjdzie Królicza Nora.

Na razie wyrzucam, sortuję, oddaję co się da, ale da się niewiele.

Męczy mnie to kombinowanie i decydowanie, kolejny raz w tym roku muszę wywalać, przeglądać, sprzątać. Dręczy wszechobecny plastik, śmieci, papierki, koraliki, gryzą w sumienie Barbi prawie nie zniszczone, których nikt nie chce. Boli mnie serce przy wyrzucaniu zabawek i nie mogę się przemóc by zrobić to samo z resztką ciuchów Adka, któremu się WYDAJE SIĘ, że je jeszcze kiedyś założy. Pokój malutki jak garderoba służącej i jak mam tam urządzić królestwo dla niedługo już nastolatki?

Proszę nie czytać, bo nic ciekawego tu nie ma

Chorowanie mnie wkurza! Nie, nie wkurza – irytuje.

Irytuje.

No bo co – ani nie da się pracować, ani odpoczywać. Trzeba z-w-o-l-n-i-c. Poleżeć. Posiedzieć. Pomarudzić. A już najgorzej gdy nic mi nie jest – nie boli, nie kłuje, nie wymiotuję, nie mam gorączki. Nawet nie mam się jak nad sobą poużalać – bo tak naprawdę nic mi nie jest. Nikt mi nie współczuje, bo tak naprawdę tylko nie mogę przestać kichać. Hahaha.

Jestem osłabiona. Hahaha. Sama sobie nie współczuję.

Ani nie mogę mieć luziku i się rozkoszować relaksem, bo sprawy pracowe czekają, ani nie mogę pracować, bo – w sumie nie wiem dlaczego. Organizm mówi nie i odmawia otwierania pracowych maili. O remoncie pokoju Mo nawet nie wspominając.

Chorowanie jest takie bez sensu. Piękna pogoda, słońce, środek lata. Mamy czas, samochód, pełny bak i prawo jazdy. Kupiłam sobie nawet kubek-termos do kawki, w kolorze brzoskwiniowym. Morze pół godzinki drogi od nas – a musimy siedzieć w domu.

Pisze Kasia Freya, co tam u nas i czy sie wybierzemy – a my covid.

Więcej nic ciekawego nie napiszę, ale ostrzegałam w tytule.

Różom odjechał peron

… a ja mam covid.

Zdjęcie dla Grażyny!

Róże w tym roku tak ciachnelam, że myślałam że się nie pozbierają. A one oszalaly!

A pachną tak, że sąsiedzi specjalnie zwalniają, kiedy przechodzą obok mojego płotu. Wiem, bo mi mowili:)

(Test zrobiłam bardziej z ciekawości, bo męczy mnie katar i boli mnie głowa, więc co mi tam szkodzi, a tu niespodzianka! Wyznam w sekrecie, że troche się cieszę, bo mam wymówkę dlaczego od wczoraj leżę z dzieckiem w łóżku i nic nie robię, tzn. oddaje się czytaniu blogów 😅

Nie, przepraszam, wczoraj byłam rano w pracy, na szczęście wszystkie Rady Egzaminacyjne są teraz online i nikogo nie zarazilam, a mikrofon zawsze można wyłączyć przy kichaniu👍

Rozkminki przy grypie żołądkowej

Ale nam się udało!

Mo ma grypę żołądkową, najkrótsza noc w roku skończyła się dla nas o czwartej rano.

Mieliśmy szczęście, że nie zaczęło się cztery dni temu, albo trzy, na lotnisku.

Ja ogarniam sprawy pracowe i zbieram dokumenty potrzebne do mojego planu.

I zaczynam się bać – czy ja NAPRAWDĘ tego chcę? Potrzebne mi kolejne wyzwanie w życiu? Będzie mnie to dużo kosztowało – dużo pięniędzy i dużo czasu. Będę musiała zrezygować z części obecnych obowiązków, choć ciągle będę mogła pracować.

A na dodatek, kiedy tylko podjęłam tę decyzję ponad pół roku temu, nagle moje życie pracowe zaczęło się rozwijać jak szalone, jakbym przesadziła z nawozami. Dostałam podwyżkę, awans i możliwości rozwoju. Przełamałam swój strach i skończyłam rozdział do druku.

Z drugiej strony, mam jeszcze 20 lat pracy przed sobą. Jeśli coś zmieniać, to teraz. Jest trochę czasu, żeby okrzepnąć w nowej karierze. Od 14 lat pracuję w mojej szkolej, czy zamierzam tam pracować przez następne 20? Nową pracę można poza tym łączyć ze starą, robiąc starą trochę bardziej pewną i bezpieczną.

Obecnie nie jestem przyciśnięta do muru i teraz to ja decyduję o zmianie. Jest do dużo bardziej komfortowe, niż gdyby zmiana decydowała za mnie.

Ale strach pozostaje.

PS. Róże w tym roku OSZALAŁY, specjalnie dla Grażyny wrzucę fotkę, jak tylko będę mogła.

Bardzo krótka relacja z bardzo krótkich wakacji

Ach! Jakie Porto jest piękne! Skradło mi serce i zawróciło w głowie.

Pierwszego dnia szwędaliśmy się po starym mieście, schodami w górę, schodami w dół, zaułkami, uliczkami, pomiędzy suszącym się praniem, stoliczkami kawiarnianymi a kamiennym murem.

Błękitne niebo i słońce, iberyjskie, malutkie kolorowe domeczki na zboczu rzeku Douro, mury pokryte kwitnącym właśnie wilcem purpurowym, mosty, skały i widoki zapierające dech.

Pyszna kawa (ale mleko roślinne tylko w centrum, w kawiarniach nastawionych na turystów). Pyszne wino (wszędzie i zawsze – kiedy zamawiałam herbatę do posiłku wiązało się to z przewracaniem oczami przez kelnera). I oczywiście porto, którego jednak spróbowałam tylko naparsteczek, bo w takich upałach od razu uderza do głowy, a ja przecież już miałam zupełnie zawrócone w głowie.

Porto jest tak intensywne, tak przemożne, tak uwodzące, że w nocy nie mogłam spać. Po całym dniu łażenia i słońca, leżałam rozbudzona prawie do rana, zbyt poruszona, zbyt wzruszona, żeby zasnąć.

Miasto, na które nie trzeba mieć planu, bo za każdym rogiem jest coś przepięknego, wystarczy iść przed siebie, gdziebądź, gdzie fantazja poniesie, tak, jak lubię najbardziej.

Miasto domów i kościołów o ścianach pokrytych mozaiką.

Tylko trzy dni, a czułam się, jakby to był tydzień. Płynęliśmy statkiem po rzece,

odwiedziliśmy muzeum sztuki współczesnej, kąpaliśmy się w Oceanie Atlantyckim, weszliśmy na skałki na brzegu rzeki, gdzie odezwał się mój lęk wysokości i bałam się, że zemdleję, więc zamknęłam oczy, bo było tak strasznie i pięknie (a Mo przytulała mnie i mówiła ‚jest OK, mama’).

A przede wszystkiem łaziliśmy w górę i w dół niezliczonymi schodami, otwierając oczy coraz bardziej szeroko, bo jak może być coś tak pięknego.

Porto mnie zachwyciło, i może to miasto, może pogoda, a może to, że byliśmy wszyscy razem: Mo, Mi, Ren, Adek i ja. Pierwszy raz w życiu zabraliśmy Adka na ‚wakacje do ciepłych krajów’ i to od razu z dziewczyną.

Mo nie odstępująca Ren na krok, jedząca śniadanko z Ren na balkonie, kiedy my jeszcze szykowaliśmy się do wyjścia.

Adek, którego pierwszy raz w życiu wyraźnie ucieszyła kąpiel w oceanie, mimo zimnej wody i fal.

Wszystko było tak bardzo, że potem, w nocy, kiedy wszyscy już poszli spać, chciało mi się płakać.

Ikigai

Zaatakował mnie wczoraj anonimowy troll na innym blogu, że jestem pracoholiczką i zapieprzam dla Irlandczyków z przysłowiowe g… (przepraszam za wyrażenie, pisownia oryginalna). Okazuje się, że czytają mnie ludzie, którzy się nigdy nie odzywają w komentarzach, tak, oczywiście, że zdaję sobie z tego sprawę, że czyta mnie wujek Józek, pani ze sklepu, była koleżanka z pracy i stara Antkowa, czyli tak zwana szeroka publiczność, która może sobie myśleć na mój temat dokładnie cokolwiek, enjoy, jak to mówią Irlandczycy, ale jakoś o tym zawsze zapominam.

I tak się zastanawiam – też mnie tak odbieracie? Ci, którzy się czasem odzywacie:)

Jak wczoraj zapytałam się Mi, czy jestem pracoholiczką, to umarł ze śmiechu. (Musielibyście zobaczyć, jak on pracuje! mordercy, narkomani, bite żony i dzieci, ludzie bezdomni, sądy, więzienia, policja, kliniki odwykowe, centra kryzysowe, wizyty domowe, szpitale i obozowiska).

Problem jest chyba taki, że moje godziny pracy są – na szczęście – dość, jak to się mówi, flexible, więc często się rozlewają na cały dzień, bo mam dziecko, które chciałabym, żeby uczestniczyło w jakiś zajęciach pozaszkolnych. A potem marudzę. Weźmy na przykład poniedziałek, kiedy Mo ma szkołę muzyczną i muszę ją odebrać ze świetlicy i zawieźć na lekcje, więc wychodzę z pracy o 2. Jestem z powrotem o 5. Niestety, w trakcie roku akademickiego te 3 godziny muszę odpracować, więc jadę na wykład z wieczorowymi na 6.15 i kończę zajęcia o 9.30. Cały dzień. Czwartek wygląda podobnie. Ale w piątek i we wtorek nie pracuję, haha!

I co roku od dziesięciu lat mam pięć miesięcy wolnego. Cztery w lecie, jeden w zimie. Cztery miesiące, które spędzałam na tym, co tylko sobie wymyślę. Co lubię. Co chcę. Co jest moim obowiązkiem (jak miesiąc opieki nad rodzicami). Oraz ikigai.

Bo mam oczywiście mnóstwo dodatkowych projektów, takich, dzięki którym czuję, że warto jest żyć. Za które nikt mi nie płaci. Moje ikigai.

Ikigai nie jest odpoczynkiem, ani przyjemnością, jest PASJĄ, jest mocowaniem się ze światem, jest czymś, dzięki czemu za 20 lat stwierdzę, jak Bauman, że choć nie byłam cały czas w życiu szczęśliwa, to ‚miałam bardzo szczęśliwe życie’. Jeśli wiecie, co chcę powiedzieć.

W tym roku wzięłam też dodatkowo płatne obowiązki kierowniczki, z uwagi, jak już pisałam, na mój Wielki Plan, Asa w rękawie albo Kryzys Wieku Średniego, jak można to również nazwać. Na który potrzebna mi kasa. I to nie mało. Więc zaciskam zęby i idę do przodu. Te dodatkowe maile i zebrania sfinansują mi połowę Wielkiego Planu i jeszcze trochę zostanie na Porto. I Polskę.

Ale mam nadzieję, że Mój Plan pozwoli mi na większą swobodę w przyszłości, na bycie bardziej niezależną, na większy spokój i bezpieczeństwo.

Nigdy nie dałabym się wykorzystywać pracodawcy, nie o wszystkim tu oczywiście piszę, a zwłaszcza nie o tym, co jest w trakcie dysputy, więc nie bardzo powinno być upubliczniane, coś jak dokumenty procesowe, ale na przykład dziś mogę się pochwalić, że właśnie wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że jednak zapłacą mi 3 tys euro dodatkowo za pewną robotę, o której szkoła twierdziła, że należy do moich etatowych obowiązków, a ja miałam inne zdanie. Po miesiącu i wymianie paru spokojnych, wyważonych, merytorycznych maili okazało się, że jednak mam rację. Nie byłam do końca pewna, oczywiście, jeśli chodzi o prawo to zawsze jest czyjaś interpretacja przecież, ale byłam gotowa iść do sądu pracy i najwyżej ‚stand corrected’.

Kończę, bo Rada Egzaminacyjna się kończy na Zoomie i muszę się pakować.

Lecimy do Porto!

PS Rozważam zamknięcie bloga, bo jeśli mój plan się uda, to nie będę się mogła wywnętrzać publicznie.

Jednak kocham Irlandię

Wróciłam. Irlandia przywitała mnie chłodem i choć Mi i Mo przekonywali mnie, że jest bardzo ciepło i fajna pogoda, moje ciało czuło inaczej. Po gorącej końcówce maja i początku czerwca w Polsce, czułam Irlandię zimną i deszczową. Dopiero teraz, po czterech dniach, wewnętrzna temperatura dostosowała się do Dublińskich klimatów i nie muszę chodzić w grubym wełnianym swetrze. (A w domu 19.5 stopnia! ciepło, mówi Mi, zimno, mówi moje ciało).

Ale wróciłam jak do chłodnej pościeli, przyjemnej, pachnącej, mięciutkiej, wygodnej. Bezpiecznej. Znowu zaczęłam dobrze spać mając koło siebie ciało Mi. Nie tęskniłam, ale kiedy wróciłam poczułam, jakbym wróciła do domu. Do miejsca, gdzie jest przestrzeń na mnie, do formy powietrza w kształcie mojego ciała, która idealnie pasuje do moich ludzi i rzeczy tutaj.

Tym razem pobyt w Polsce był trudny, bo i przeprowadzka rodziców i moja praca na głowie. Codzienne sortowanie góry ciuchów i drobiazgów domowych, typu spinacze, nitki, guziki, wstążki, gumki, sznurki, pudełeczka, sitka, leki, leki, leki, bandaże. Tato tracący pamięć, mama coraz bardziej nieporadna. Upał. Nieporozumienia rodzinne. A do tego nadal mnóstwo pracy w pracy. I tak ten czas, który zawsze dawał mi wytchnienie, pozwalał oddawać się się nieskrępowanej refleksji ile jeszcze mnie w tamtej A., ile tamtej A. we mnie dzisiejszej, był napięty, stresujący, trudny. Wisienką na torcie była trudna walidacja programu, egzamin 4 godzinny na Zoomie, w napięciu i skupieniu, z notatkami i przećwiczonymi odpowiedziami.

Uciekłam jak co roku

Tym razem krótko, za krótko, bo weszłyśmy i następnego dnia zeszłyśmy, bez tego leniwego dnia z książką w hamaku lub cydrem na hustawce, albo bez wprost przeciwnie – Śnieżnych Kotłów, Odrodzenia czy Śnieżki w nogach.

Było ognisko, psy, człowiek, który był przyjacielem dawno temu, i odkrylam, że nadal jest, gadanie do drugiej w nocy.

I las. Tęsknię za lasem, jak mnie nie ma.

Był las.

Mech. Igliwie. Buki. Zapach taki, że człowiek by wąchał i wąchał.

Szkoda, że nie można przekazać zapachu, bo tak macie tylko sztampowy widoczek
Wstałam rano i wyszłam na balkon