Zaatakował mnie wczoraj anonimowy troll na innym blogu, że jestem pracoholiczką i zapieprzam dla Irlandczyków z przysłowiowe g… (przepraszam za wyrażenie, pisownia oryginalna). Okazuje się, że czytają mnie ludzie, którzy się nigdy nie odzywają w komentarzach, tak, oczywiście, że zdaję sobie z tego sprawę, że czyta mnie wujek Józek, pani ze sklepu, była koleżanka z pracy i stara Antkowa, czyli tak zwana szeroka publiczność, która może sobie myśleć na mój temat dokładnie cokolwiek, enjoy, jak to mówią Irlandczycy, ale jakoś o tym zawsze zapominam.
I tak się zastanawiam – też mnie tak odbieracie? Ci, którzy się czasem odzywacie:)
Jak wczoraj zapytałam się Mi, czy jestem pracoholiczką, to umarł ze śmiechu. (Musielibyście zobaczyć, jak on pracuje! mordercy, narkomani, bite żony i dzieci, ludzie bezdomni, sądy, więzienia, policja, kliniki odwykowe, centra kryzysowe, wizyty domowe, szpitale i obozowiska).
Problem jest chyba taki, że moje godziny pracy są – na szczęście – dość, jak to się mówi, flexible, więc często się rozlewają na cały dzień, bo mam dziecko, które chciałabym, żeby uczestniczyło w jakiś zajęciach pozaszkolnych. A potem marudzę. Weźmy na przykład poniedziałek, kiedy Mo ma szkołę muzyczną i muszę ją odebrać ze świetlicy i zawieźć na lekcje, więc wychodzę z pracy o 2. Jestem z powrotem o 5. Niestety, w trakcie roku akademickiego te 3 godziny muszę odpracować, więc jadę na wykład z wieczorowymi na 6.15 i kończę zajęcia o 9.30. Cały dzień. Czwartek wygląda podobnie. Ale w piątek i we wtorek nie pracuję, haha!
I co roku od dziesięciu lat mam pięć miesięcy wolnego. Cztery w lecie, jeden w zimie. Cztery miesiące, które spędzałam na tym, co tylko sobie wymyślę. Co lubię. Co chcę. Co jest moim obowiązkiem (jak miesiąc opieki nad rodzicami). Oraz ikigai.
Bo mam oczywiście mnóstwo dodatkowych projektów, takich, dzięki którym czuję, że warto jest żyć. Za które nikt mi nie płaci. Moje ikigai.
Ikigai nie jest odpoczynkiem, ani przyjemnością, jest PASJĄ, jest mocowaniem się ze światem, jest czymś, dzięki czemu za 20 lat stwierdzę, jak Bauman, że choć nie byłam cały czas w życiu szczęśliwa, to ‚miałam bardzo szczęśliwe życie’. Jeśli wiecie, co chcę powiedzieć.
W tym roku wzięłam też dodatkowo płatne obowiązki kierowniczki, z uwagi, jak już pisałam, na mój Wielki Plan, Asa w rękawie albo Kryzys Wieku Średniego, jak można to również nazwać. Na który potrzebna mi kasa. I to nie mało. Więc zaciskam zęby i idę do przodu. Te dodatkowe maile i zebrania sfinansują mi połowę Wielkiego Planu i jeszcze trochę zostanie na Porto. I Polskę.
Ale mam nadzieję, że Mój Plan pozwoli mi na większą swobodę w przyszłości, na bycie bardziej niezależną, na większy spokój i bezpieczeństwo.
Nigdy nie dałabym się wykorzystywać pracodawcy, nie o wszystkim tu oczywiście piszę, a zwłaszcza nie o tym, co jest w trakcie dysputy, więc nie bardzo powinno być upubliczniane, coś jak dokumenty procesowe, ale na przykład dziś mogę się pochwalić, że właśnie wczoraj wieczorem dowiedziałam się, że jednak zapłacą mi 3 tys euro dodatkowo za pewną robotę, o której szkoła twierdziła, że należy do moich etatowych obowiązków, a ja miałam inne zdanie. Po miesiącu i wymianie paru spokojnych, wyważonych, merytorycznych maili okazało się, że jednak mam rację. Nie byłam do końca pewna, oczywiście, jeśli chodzi o prawo to zawsze jest czyjaś interpretacja przecież, ale byłam gotowa iść do sądu pracy i najwyżej ‚stand corrected’.
Kończę, bo Rada Egzaminacyjna się kończy na Zoomie i muszę się pakować.
Lecimy do Porto!
PS Rozważam zamknięcie bloga, bo jeśli mój plan się uda, to nie będę się mogła wywnętrzać publicznie.