Jak już tak lecę rabatkami, to proszę wystawa północna:

Też nie jestem pod wrażeniem, jedno słowo przychodzi na myśl: słabo.
Ale winobluszcz zaczyna wypuszczać liście, po prawej stronie powojnik Montana szukuje się do szaleństwa kwiatowego. Musiał zostać przywołany do porządku, bo już był wybujały i rozszalały na potęgę, więc go na jesieni porządnie przycięłam, co mu wcale, jak widać, nie przeszkodziło.
Po lewej stronie huśtawka i wydeptany goły placek, z którym nie zamierzam nic robić, bo barcholce też ludzie i mają prawo do zabawy w ogrodzie. Dalej hortensja pnąca, która wyjątkowo dobrze sobie radzi (choć powoli), w przeciwieństwie do głogownika (ten z czerwonymi listkami), który sobie nie radzi. Klon japoński i zwykła hortensja już w zeszłym roku padły i zostały wykopane.
Tylko geranium się nie przejmuje i przepycha się z paprociami. Mam dwa gatunki: kwiatki niebieskie i kwiatki różowe, oba czują się świetnie w tym zapomnianym zakątku, pełnym budowlanego gruzu z lat 50tych ubiegłego wieku.
Muszę jeszcze to całe towarzystwo jakoś uporządkować i wziąć w karby, oraz dokwaterować im kolejnych lokatorów na tym spłachciu ziemi.

A tutaj drugi klon japoński, który inaczej niż pierwszy, ma się całkiem dobrze w donicy pod domem. I moja ukochana róża pnąca, wyhodowana z malutkiej gałązki ukradzionej z cudzego ogrodu (kradzione tuczy).
Poniżej Mo w naszym ulubionym parku, nawiększym parku w centrum miasta w Europie, do którego mamy 10 minut na piechotę.

Wbrew pozorom cały szoł na tym zdjęciu kradnie trawa, które w rzeczywistości ma jeszcze bardziej żywy kolor. Jeśli możecie to sobie w ogóle wyobrazić.



