Pasmo sukcesów ciągle aktualne, zgodnie z propagandą jest więcej, lepiej, szybciej, na razie dotyczy to jedynie pracy i mam nadzieję, że tak zostanie. Mam dużo WIĘCEJ pracy, którą muszę LEPIEJ i SZYBCIEJ wykonać, jak mogło mi coś takiego wpaść do głowy, że wraz z końcem zajęć zacznę się nudzić, paznokcie piłować i seriale oglądać? Szefowa tylko strzeliła batem i się zaczęło, rewizje, raporty i porównania, zebrania, maile, przygotowania, przeglądy, oceny kwartalne i planowanie roczne. Do tego setki esejów do sprawdzenia i oczywiście nadchodzące egzaminy.
System ma się bardzo dobrze, machina biurokracji i produkcji papierków, tfu, elektronicznych dokumentów rozkwita, ja mam się trochę gorzej, a nawet okresami całkiem marnie, już nawet nie Lady, tylko zwykły wyrobnik, chłopka pańszczyźniana, nie wspominająć już w ogóle o Leisure (co to takiego w ogóle jest?).
Ogród nie ruszony, książki nie przeczytane, sweter na drutach nie dokończony, dom nie posprzątany.
To są chyba jakieś jaja, naprawdę.
Siedzę w środku tego wszystkiego i zastanawiam się, jak to jest że niektórzy ludzie czerpią z tego przyjemność, z tych niezliczonych spotkań, tabelek i pierdół, no naprawdę, wiem, że część z tego musi być zrobione, ale jak to jest, że niektórzy wydają się to LUBIĆ?? To przechodzi moje pojęcie.
Mam również wrażenie, że zawsze trzeba coś mądrego powiedzieć, wymyśleć, pokazać się, a aktualnie moim ideałem jest porucznik Colombo. (Muszę sobie kupić prochowiec).
Raczej nie zrobię kariery, hehe.











