Porucznik Colombo na tropie raportu rocznego

Pasmo sukcesów ciągle aktualne, zgodnie z propagandą jest więcej, lepiej, szybciej, na razie dotyczy to jedynie pracy i mam nadzieję, że tak zostanie. Mam dużo WIĘCEJ pracy, którą muszę LEPIEJ i SZYBCIEJ wykonać, jak mogło mi coś takiego wpaść do głowy, że wraz z końcem zajęć zacznę się nudzić, paznokcie piłować i seriale oglądać? Szefowa tylko strzeliła batem i się zaczęło, rewizje, raporty i porównania, zebrania, maile, przygotowania, przeglądy, oceny kwartalne i planowanie roczne. Do tego setki esejów do sprawdzenia i oczywiście nadchodzące egzaminy.

System ma się bardzo dobrze, machina biurokracji i produkcji papierków, tfu, elektronicznych dokumentów rozkwita, ja mam się trochę gorzej, a nawet okresami całkiem marnie, już nawet nie Lady, tylko zwykły wyrobnik, chłopka pańszczyźniana, nie wspominająć już w ogóle o Leisure (co to takiego w ogóle jest?).

Ogród nie ruszony, książki nie przeczytane, sweter na drutach nie dokończony, dom nie posprzątany.

To są chyba jakieś jaja, naprawdę.

Siedzę w środku tego wszystkiego i zastanawiam się, jak to jest że niektórzy ludzie czerpią z tego przyjemność, z tych niezliczonych spotkań, tabelek i pierdół, no naprawdę, wiem, że część z tego musi być zrobione, ale jak to jest, że niektórzy wydają się to LUBIĆ?? To przechodzi moje pojęcie.

Mam również wrażenie, że zawsze trzeba coś mądrego powiedzieć, wymyśleć, pokazać się, a aktualnie moim ideałem jest porucznik Colombo. (Muszę sobie kupić prochowiec).

Raczej nie zrobię kariery, hehe.

Moje życie to pasmo sukcesów

Jako świeżo upieczona Lady of Leasure będę Was teraz zanudzać co oglądałam, co przeczytałam, co widziałam, gdzie pojechałam, co zrobiłam, w jakim nastroju wstałam.

Fantastycznym, jeśli pytacie 🙂 Nie ma to jak skończyć rok szkolny w środku kwietnia! Wczoraj miałam OSTATNI WYKŁAD w tym roku, z tego przedmiotu na którym się znam jak kura na gwoździach, nie było łatwo, przygotowałam im slady powtórzeniowe do egzaminu i sama zapomniałam (części) odpowiedzi na jedno pytanie 😀

Ale zapisuję całe doświadczenie w rubryce ‚sukces’, postanowiłam się bowiem nie obciążać rozkminianiem porażek które są niezależne ode mnie. Nie jestem ekspertem, nie jest to moja dziedzina, dałam z siebie wszystko, przygotowania do przedmiotu zabrały mi masę czasu, bo przecież nie mogłam sobie z palca wyssać teorii, nazwisk, eksperymentów, dat. A ile się przez ten rok nauczyłam! I jeszcze na tym zarobiłam. Po prostu win-win. Kiedy wczoraj za dziesięć dziesiąta w nocy oddałam do biblioteki dwie cegły pt. Psychology poczułam się lekka jak piórko, choć bogatsza o wiedzę, doświadczenie i pieniądze. Jak to nie jest sukces, to nie wiem, czym jest.

Oprócz tego zakwalifikowali mi do druku mój tajemny projekt. To tylko rodział w książce, nic wielkiego, Takajedna mówi, żebym się opamiętała, nikt nie pisze przez rok rozdziału, nikt oprócz mnie chyba. Nie było łatwo, nie ma za dużo badań na ten temat, więc musiałam smarować bardzo cieńko, tak cieńko, że miejscami widać prześwity. Pomimo używania języka angielskiego na codzień, miałam ogromne opory przed pisaniem poważnych rzeczy, cały czas wszystkie ‚the’ i ‚a’ wstawiam na czuja i często wcale nie w odpowiednich miejscach, nic nie wiem o gramatyce i angielskiej interpunkcji (która, niestety, różni się od polskiej), do tego dochodzą różnice w pisowni amerykańskiej i brytyjskiej (jeden recenzent w kółko poprawiał mi ‚organization’ na ‚organisation’). Moja cała wiedza o języku opiera się na tym, że dużo czytam.

Można gratulować 😄

Okoliczności przyrody

Jak już tak lecę rabatkami, to proszę wystawa północna:

Też nie jestem pod wrażeniem, jedno słowo przychodzi na myśl: słabo.

Ale winobluszcz zaczyna wypuszczać liście, po prawej stronie powojnik Montana szukuje się do szaleństwa kwiatowego. Musiał zostać przywołany do porządku, bo już był wybujały i rozszalały na potęgę, więc go na jesieni porządnie przycięłam, co mu wcale, jak widać, nie przeszkodziło.

Po lewej stronie huśtawka i wydeptany goły placek, z którym nie zamierzam nic robić, bo barcholce też ludzie i mają prawo do zabawy w ogrodzie. Dalej hortensja pnąca, która wyjątkowo dobrze sobie radzi (choć powoli), w przeciwieństwie do głogownika (ten z czerwonymi listkami), który sobie nie radzi. Klon japoński i zwykła hortensja już w zeszłym roku padły i zostały wykopane.

Tylko geranium się nie przejmuje i przepycha się z paprociami. Mam dwa gatunki: kwiatki niebieskie i kwiatki różowe, oba czują się świetnie w tym zapomnianym zakątku, pełnym budowlanego gruzu z lat 50tych ubiegłego wieku.

Muszę jeszcze to całe towarzystwo jakoś uporządkować i wziąć w karby, oraz dokwaterować im kolejnych lokatorów na tym spłachciu ziemi.

A tutaj drugi klon japoński, który inaczej niż pierwszy, ma się całkiem dobrze w donicy pod domem. I moja ukochana róża pnąca, wyhodowana z malutkiej gałązki ukradzionej z cudzego ogrodu (kradzione tuczy).

Poniżej Mo w naszym ulubionym parku, nawiększym parku w centrum miasta w Europie, do którego mamy 10 minut na piechotę.

Wbrew pozorom cały szoł na tym zdjęciu kradnie trawa, które w rzeczywistości ma jeszcze bardziej żywy kolor. Jeśli możecie to sobie w ogóle wyobrazić.

Nareszcie ciepło

I wreszcie słońce! Pachnie jabłoń i jakpoński krzew, którego nazwy nie znam (to znaczy znałam, ale zapomniałam). Koniec roku akademickiego i nagle czuję wiosnę, kwiaciory, zielona trawa i ten zapach, co nie wiadomo co to jest, a człowiek do tego tęskni przez resztę roku. I nawet o tym nie wie.

Ogród jest całkiem zapuszczony, zwykle pierwsze miesiące roku pracuję tak intensywnie, że jak znajdę czas, żeby obciąć róże, to już jest sukces. Od lat w ogrodzie w tym czasie robię tylko dwie rzeczy: sadzę tulipany, bo bez tulipanów nie ma wiosny, i przycinam róże. A i te dwie prace jawią mi się czasami jak robota nie do przerobienia.

Wraz z ostatnim wykładem wychodzę do ogrodu.

Dziś siedziałam na słoneczku dziesięć minut. Przeczytałam kiedyś, że zakładanie ogrodu powinno się zacząć od znalezienia miejsca, gdzie będziemy sobie siedzieć i się nim cieszyć, bo inaczej zawsze będzie się kojarzył z harówką.

Zgodnie z zalecaniami zatem zaczełam od siedzenia i wąchania jabłoni. Ale kątem oka oczywiście lustrowałam rabatkę pod murem, rabatkę wschodnia i rabatkę z malinami, co przyciąć, co wyciąć, co wyplewić. Honeysuckle, co miała mi przepięknie pachnąć i zakrywac betonowy murek, została pożarta przez mszyce, na jesień jeszcze poobcinałam najbardziej zjedzone pędy i miałam nadzieję, że odrośnie, ale ostałe się listki wyglądają jak popiół z żużlem, więc nic z tego nie będzie. Nie mam pomysłu, co tam posadzić, chciałabym mieć coś co by zakryło betonowe pustaki, ale co to może być nie mam pojęcia. Jest to wschodnia wystawa i słońce jest tylko przed dwie godziny wcześnie rano.

Zachodnia rabatka ma się dużo lepiej

Jednym słowem słabo

Nie potwierdziłam spotkania, które ma się odbyć jutro rano i być może pojawię się przed drzwiami z trzydziestoma Amerykańskimi studentami, i paroma Irlandzkimi, a drzwi okażą się zamknięte, bo nie wiem, czy spotkanie było organizowane specjalnie dla nas, czy też dla szerszej publiczności.

Oskarżyłam studentkę o wykorzystanie chata GPT do napisania eseju, dostaję dziś bardzo oburzonego maila i zaczynam się zastanawiać, czy miałam podstawy, czy może to już paranoja wykładowcy. Robi mi się jej szkoda.

Biegnę coraz szybciej, potykam się w biegu, ale dalej biegnę, może się uda i nie upadnę, koniec roku akademickiego już za dwa tygodnie.

W piątek moja ulubiona sąsiadka robiła wielką urodzinową imprezę, w czwartek rozłożyła się Mo, a ja dostałam okres, Adek z Ren lecieli do Niemiec, no i w ogóle zaczęło lać, a ja wiedziałam, że w sobotę i niedzielę nie będę miała przerwy, będę musiała dalej biec, bo przez ostatnie trzy miesiące nie mam weekendów. Wieczorem miałam jedynie ochotę schować się pod kołdrę. Nie poszłam.

A w sobotę poczułam się staro i zaczęłam żałować, że ominęła mnie ostatnia szalona impreza w tym półwieczu, Hiszpanie, hiszpański rap i tańce do białego rana. A ja w takim wieku i w takim stanie, że wybieram pozostanie w domu. Jak to mówi ostatnio Mi: po prostu SŁABO.

Na święta jedziemy na zachodni brzeg Irlandii, jestem w tym obcym kraju już 14 lat a przez ten czas widziałam tylko Cork i Limeryk, oprócz Dublina. Nigdy nie mieliśmy kasy ani możliwości, żeby pozwiedzać.

Zamierzam moczyć się w jacuzzi pod otwartym niebem, nawet, jak będzie padało, i wykąpać się w Oceanie Atlantyckim.

Jakby mi ktoś kazał poodpoczywać, to byłoby mi łatwiej – może mi ktoś wysłać maila z rozkazem poodpoczywania?