Nie wiem, kiedy się wreszcie nauczę, być dla siebie dobra, zamiast sobie ciągle jechać, biczować się i poganiać i ogólnie zajeżdżać siebie samą jak konia na westernie.
Ubiegły tydzień był bardzo intesywny, choć intensywny to za mało powiedziane, był zupełną jazdą bo bandzie. Pracowałam nad poprawkami do tekstu, na które miałam miesiąc, miesiąc, ha! brzmi jak kupa czasu, otóż jest to oczywiście jest tego czasu bardzo mało, jak człowiek oprócz tego ma swoje zajęcia, w tym z przedmiotu na którym się zna jak kura na gwoździach, ogólną opiekę nad studentami, którzy mają swoje małe dramaty, i swoim dzieckiem, które akurat nie ma dramatów, ale gile do pasa albo kaszel starego palacza, do tego egzamin na prawko, co się wiąże z dodatkowymi jazdami, do tego .. do tego nie wiem co, chyba życie w ogóle i szczególe, codzienne mycie naczyń i gotowanie obiadów ze współtowarzyszem niedoli.
W poniedziałek byłam już nakręcona jak mały samochodzik, rankiem wysłałam tekst, a przez resztę dnia wszystko mi się ze wszystkim kojarzyło, na dopaminowym haju przeżywałam eureki co 10 minut, potem koniecznie musiałam się podzielić nimi ze światem bombardując biedną rodzinę na WhasApp, a że wieczorem miałam jeszcze stresujący wykład, z tego kurzego przedmiotu, to samochodzik nie mógł już wyhamować o żadnej porządnej porze i zatrzymał się grubo po północy. Dokładnie o czwartej rano.

Jak się nad ranem zatrzymał, tak od rana nie ruszył, a powinien. Miałam Bardzo Ważne Spotkanie, w sumie dla mnie dość marginalne, ale Ogólnie Ważne, no i głupio przecież wypaść głupio. Na spotkanie powinnam się była jeszcze trochę przygotować, a tu we wtorek rano Mo chora, więc oczywiście leży na kanapie z Netfliksem na cały regulator, ja po dwóch godzinach snu wlewam w siebie dwa litry kawy, żeby choć oczy otworzyć i te dwie komórki mózgowe co się jeszcze nie wyłączyły trochę zmotywować. Zoom otworzyłam w swojej sypialni, siedząc na malutkim krzesełeczku KRITTER przed stolikiem nocnym HEMNES, a kiedy zobaczyłam Starą Babę Zmęczoną Kobietę na ekranie, postanowiłam sobie trochę twarz poprawić, zmienić kąt padania światła, złagodzić rysy twarzy i korzystając z ostatniej gdzieś zaplątanej w zwojach mózgowych eureki, wymyśliłam konstrukcję z czterech książek pod cztery nogi stoliczka. A do tego komputer na dwóch dodatkowych. A na półeczce gorąca herbata. No geniusz po prostu.
Po 20 minutach telespotkania przesuwając komputer, strąciłam niechcąco książki, albo przesuwając książki, strąciłam komputer, nie ważne, nikt już nie wie od czego się zaczęło, ale wszyscy widzieli czym się skończyło. Komputer spadnięty na podłogę, herbata wylana, przedłużacz zalany, ja wyrzucona ze spotkania, w pędzie przenoszę się do drugiego pokoju, w którym oślepiające słońce pada prosto na Najbrudniejszą Ścianę, którą Widzieliście Kiedykolwiek na Zoomie, bo to był pokój Mo, który czeka na pomalowanie, łączę sie w końcu ponownie (w żalu), na ekranie widać Starą Babę Zmęczoną Kobietę i Brudną Ścianę Dziwne Tło, Szanowna Komisja ma do mnie pytania, a ja w panice szukam w głowie słów, a tam pustka. Jak bardzo pusto może być, wie tylko immigrant, który nauczył się języka na starość, tfu, za dorosłości, wie on również jak bardzo jest to męczące, stresujące i w ogóle beznadziejne.
A potem zamiast sobie to zawieruszenie języka w gębie wybaczyć, całe popołudnie muszę to rozkminiać i przeżuwać.
Do tego zima, wieją wichry, piździ i pada śnieg. Smutny zwierz wychylił głowę ze swojej nory.
Trzeba go teraz trochę porozpieszczac, przekupić kokosowymi ciasteczkami i dobrymi filmami.