Pachnie wiosną. Wyłażą z ziemi te wszystkie żonkile, krokusy, tulipany, jeszcze małe zielone podrostki ledwo co ponad powierzchnią, ledwo co żyją, ale już się zaczęło, ten pęd do życia, to parcie do słońca. Muszę przyciąć róże, powyrywać chwasty i może posadzić letnie kwiaty, muszę się w końcu zająć trochę ogrodem. Na szczęście nie razi na razie jak wyrzut sumienia, zwłaszcza w kontekscie mojego sąsiada, który nożyczkami trawę do równa przycina, bo przyszedł pan i skosił trawę za 10 euro, z przodu i z tyłu. I będzie tak przychodził co 3 tygodnie, amen.
Nie będę znowu narzekać, że nie mam czasu na ogród, no bo kto by chciał o tym w kółko czytać, prawda? Ale nie mam czasu.
Właściwie nie mam czasu na nic, poza tym, na co czas muszę mieć, pracowe sprawy wciągają mnie bardziej niżbym sobie tego życzyła, chciałabym się jakoś wywinąć, ale szkoda mi studentów, nie mogę ich tak zostawiać z różnymi głupimi sprawami, boże, pomyślałby ktoś, że stałam się taka odpowiedzialna. No, ale głupio olewać ludzi, którzy w sumie cię utrzymują.
Trochę się czasami niepotrzebnie nakręcam i stresuję, czuję w ciele to lekkie mruczenie jakbym miała gdzieś w środku silnik elektryczny, który cały czas pracuje na jałowych obrotach, który mnie budzi w nocy i nie pozwala spać. Ostatnio obudził mnie o 2 i do 5 leżałam i leżałam, czytając książkę o zastosowaniu teorii psychoanalitycznych w pracy socjalnej z dziećmi, bo tylko takie rzeczy mnie wyciszają o czwartej nad ranem.
Jeden pożar ugaszony, a nowy się szykuje – zwalnia się kolejny wykładowca, którego akurat bardzo lubię, i zostawia pięć rozgrzebanych przedmiotów przed końcem roku akademickiego. Dostał pracę w Banku Centralnym, co go w sumie tłumaczy, też bym się przeniosła na jego miejscu.
Choć w sumie po przemyśleniu nie wiem – siedzieć w prawniczych papierach 8 godzin dziennie, zamiast w klasie z żywymi ludźmi?
Hmmm…
Ostatnio zszkowało mnie odkrycie, że moi Amerykanie płacą za rok studiów 60 tys. dolarów. Za semestr w Irlandii 35 tys., nie licząc wyżywienia. Ameryka to jednak dziwny kraj, jeśli jest jakiś kraj w którym NIE chciałabym mieszkać, to jest to właśnie USA. Nie no, jest takich miejsc oczywiście więcej, w Rosji nie chciałabym jeszcze bardziej na przykład, ale Ameryka jest taką legendarną, mlekiem i miodem płynącą krainą dla Irlandczyków (i dla Polaków w latach 80tych), a ja zupełnie nie mogę zrozumieć dlaczego. Jak to mówią, jeśli chcesz żyć jak w American Dream, pojedź do Danii. Albo Szwecji, prawda Takajedna? 😀
Paradoksalnie, Adek leci do USA za dwa miesiące. Pozwiedzać. Wygrał pieniądze na zakładach sportowych, nie żartuję, mają jakiś system obstawiania z kolegami z matmy.
Za parę dni mój egzamin na prawko. I to jest kolejny powód mojego braku czasu.
A do tego muszę w końcu zająć się moją nową drogą życia. Podobno można aplikować do lipca, ale jak zmienią termin przysyłania dokumentów to będzie katastrofa, Mi mówi, żebym nie odkładała na ostatnią chwilę.
Ale dziś piątek, na razie czuję, że silnik się wyłączył, pachnie wiosną i w ogóle. Pomyślę o tym jutro.