Jedziemy do Wietnamu

Znowu słońce. I ciepło, tym razem jakieś 8 stopni, czyli ponad dziesięć stopni różnicy od zeszłego tygodnia. Typowa Irlandzka zima. Praktycznie nie włączamy w dzień ogrzewania, z ziemi wystają już całkiem pokaźne zielone pędy, mam wrażenie, że cały świat przycupnął i czeka, jeszcze tylko tydzień-dwa i będzie można oficjalnie zaczynać wiosnę, wtedy pędy dostaną przyśpieszenia i zacznie się zielone szaleństwo. Mo zaczęła już produkcję Wielkanocnych ozdób, które powoli rozpychają się na kominku, choć w dużym pokoju ciągle jeszcze króluje choinka (wiem, wiem). Wystój wnętrza dominują zatem bożonarodzeniowo-wielkanocne przepychanki. Sugerowałam, zamiast od razu, z grubej rury, króliczki i jajka, łagodne przejście do św. Walentego, ale prychnęła pogardliwie, że to za małe święto, żeby nawet wyciągać kredki. Phi.

Egzamin mi odwołali, a potem wyznaczyli nowy termin. Mam jeszcze dwa tygodnie. Z każdą kolejną jazdą idzie mi gorzej, może dlatego, że zmieniam instruktorów jak rękawiczki, a każdy ma trochę innych styl prowadzenia lekcji. Ostatnio zapomniałam jak się parkuje przy krawężniku i dwa razy w niego walnęłam, a oznacza to ostatecznie i na miejscu oblany egzamin.

Właśnie chciałam uroczyście ogłosić na blogu, że Mo nie była chora przez SIEDEM tygodni, ale zdążyła się rozłożyć pomiędzy moją chęcia, a przekuciem jej w czyn, w sobotę wieczorem, patrzę: szkliste oczy i stan podgorączkowy. Tylko tym razem jakoś to lepiej idzie i dziś jest już praktycznie zdrowa. Jeszcze nie odtrąbię sukcesu, tfu tfu, ale wszystko na to wskazuje, że katar został na swoim miejscu, czyli jest tylko katarem, a nie zapaleniem oskrzeli. Zastanawiam się, co się zmieniło od tych siedmiu tygodni i jedyne, co mi przychodzi na myśl, to to, że przestała chodzić do Polskiej szkoły. Nie no, wiem, że to przypadek…. ale czy na pewno? Hehe.

Jedziemy do Wietnamu.

To znaczy dopiero planujemy, dopiero dziś szczerze mówiąc przyszła mi ta myśl do głowy, ale wszyskie kołcze internetu zawsze powtarzają, że trzeba swoją nieświadomość traktować jak przygłupie dziecko i mówić jej, co będzie się robić, jakby się to już robiło. Tonem nie znoszącym sprzeciwu.

A zatem jedziemy do Wietnamu.

Za rok.

Albo dwa.

Jest to piękny socjalistyczny kraj z przyjaznymi ludźmi, niesamowitym jedzeniem i przecudną przyrodą, i właśnie usłyszałam, że mnie WOŁA głębokim głosem.