W dni takie jak dziś czuję, że chyba jednak uda się nam przeżyć ten styczeń. Zimno, ale świeci słońce. Dzień dłuższy od najkrótszego o 36 minut.
Zaczynam zajęcia.
Powoli odkopuję się ze stosów esejów, miałam mieć w tym semestrze luz, ale na razie nie widać Luz Island na horyzoncie . Wcisnęli mi dodatkowe godziny, postawiłam warunek i się zgodzili, więc teraz zaciskam zęby i trzymam mocno, bo dodatkowa kasa akurat starczy, mam nadzieję, na moje rewolucyjne plany. Które niestety bardzo dużo kosztują. Ale się wszyscy zdziwią! Ha! Rodzina popiera, co zanotowałam z pewnym zaskoczeniem, nikt jeszcze nie powiedział mi, że się nie nadaję.
Mo zawzięła się i nie choruje, chodzi na basen i jeździmy do szkoły na rowerze, ale terroryzuję ją zjadaniem warzyw – z lubością opowiadam jej straszne historie, jak to chłopczyk stracił wzrok, bo nie jadł warzyw. True story. Najważniejsze, żeby była zdrowa, traumy będzie mogła sobie przegadać na terapii ;D
Może się to szybko zmienić, bo w klasie ognisko covida zatacza coraz większe kręgi. Ale, dzięki moim chytrym knowaniom, jesteśmy ubezpieczeni – nie mam wykładów w poniedziałki rano, wtorki i piątki. Daje mi to ogromny spokój ducha, już nie musimy kłócić się z Mi, kto tym razem MUSI iść do pracy.
Ćwiczę z Mi jazdę do tyłu po łuku i zawracanie. Umówiłam jeszcze 10 godzin dodatkowych lekcji. Jedyne, czego mi jeszcze potrzeba to odrobiny szczęścia. Ale nie wszystko można kupić za pieniądze. Bądź płacąc w naturze.