Leje

Pracowe zobowiązania spadły na mnie jak ściana deszczu w ten wtorek, w drugim tygodniu stycznia. Przebijałyśmy się z Mo przez sztorm jadąc na lekcję muzyki, deszcz przesiąkał przez nasze kurtki, spodnie, czapki i rękawice, wiatr spychał nas z drogi i wiał niestrudzenie w twarze. Jechałam po chodniku, w takich okolicznościach pustym, ale serce wciąż mi podchodziło do gardła, kiedy mijały nas ciężarówki. Niestety, rower elektryczny nie zapobiega kompletnemu przemoczeniu, ani zwianiu z trasy. Potem Mo poszła na lekcję, a ja stałam w hallu i kapałam wodą, z rękawów i brzegów kurtki, wyciskałam rękawiczki i czapkę i próbowałam uratować książkę z nauki jazdy. Powrotna droga była chyba jeszcze gorsza, bo mimo, że na chwilę przestało lać, przemarzłyśmy na kość w przemoczonych ciuchach.

W domu długa lista rzeczy do zrobienia, maili do wysłania, szkoleń do odbycia, prac do poprawienia, studenci czekają na oceny i uwagi, ja na razie na nic nie czekam, bo chwila przerwy nie tak prędko. Grypa uśpiła moją czujność i pozwoliłam sobie spokojnie poodpoczywać, o ja niegrzeczna! Zgodziłam się też nieopatrznie na dodatkowe zajęcia z Amerykanami, a teraz okazało się, że to 5.5 godziny tygodniowo – co ja z nimi będę robić? Przecież nie będziemy się mogli na siebie patrzeć po godzinach trzech!