Poniedziałek

Niskie, zimowe słońce kładzie się plamami na drzwi i niebieską ścianę. Obok wciąż stoi choinka, chcieliśmy się nią jeszcze nacieszyć po przyjeździe.

Lubię siedzieć w „dużym” małym pokoju kiedy świeci slonce, pokój wtedy wydaje się jasny.

Mo poszła dziś do szkoły, Mi do więzienia, ja pracuję z domu.

W całym domu cisza, a ja po pierwsze się wyspałam w ten poniedziałkowy poranek. Dom w miarę ogarnięty, okna przecież były myte na święta. Przyjemnie siedzi się w posprzątanym domu.

Muszę wystawić parę ocen i próbuję się nie rozpraszać. Kawka smakuje, ale mogłoby być lepiej, bo jednak mleko owsiane z aldika jest kiepskie. Zamówiłam na dziś z Tesco już takie moje dobre, takie, które jest nawet lepsze niż to od krowy. Pan z Tesco przywiezie nam zakupy po południu, to jednak ogromna wygoda i luksus, z którego trudno mi zrezygnować. Szkoda mi czasu na chodzenie po sklepie.

Jak to w styczniu, wracam również do diety, na wyjeździe ciężko trzymać się w ryzach, więc jadłam czasem produkty nie całkiem, powiedzmy, koszerne. A to trochę masła dodane, a to panierka, jak w górskim schronisku, gdzie byliśmy szczęśliwi, że w ogóle coś udało nam się zamówić, nie zaglądałam więc kurze w zęby, choć całą bułę z wierzchu ściągnęłam. W domu mam już opracowany system, ale jedzenie na mieście to jak z tego kawału:

Najbardziej kompatybilna z moją dietą okazała się kuchnia japońska: bez mleka i masła, z panierką tylko ryżową, ryby, ryż, kiszone warzywa i owoce morza. A muszę wrócić do bardziej restrykcyjnego jedzenia, bo czuje, ze stawy zaczynają boleć. Na razie mam ciągły stan zapalny tylko jednego palca, ale nie mogę go uspokoić.

Styczenie są trudne, ale coś czuję, że tym razem może być nie być tak źle. Może dlatego, że w środku siebie jestem spokojna tym spokojem z lasu i przytulania do mamy.