na które czekałam pół roku. Na egzamin. Teraz zaczynam się bać.
Wróciłyśmy do stęsknionego Mi, któremu już smutno było. (Pod ziemią, w ogródku…;D). Nam było smutno stamtąd wyjeżdżać, Mo stwierdziła, że jest happy and sad równocześnie. Skończyły się codzienne szaleństwa z kuzynami.
Ja osłabiona tą okropną grypą, ale na szczęście gorączka odpuściła dwa dni przed lotem. Wróciłam prosto do pracy, pół godziny po przyjeździe miałam zebranie na które chciałam zdążyć, bo nie wystąpiłam o urlop na piątek i jeszcze w samolocie musiałam sprawdzić oceny i wysyłałam maila 2 minuty przed startem.
Bycie na etacie jest pod tym względem całkiem nowym doświadczeniem – muszę prosić o URLOP! No wiecie co! Jestem rozpieszczonym dzieckiem, nigdy dotychczas nie byłam ograniczana urlopem – kiedy nie miałam wykładów, to nie musiałam być dostępna. Na szczęście dalej nie jest to tak, jak w normalnej pracy, bo oprócz rzeczy, które muszę dopilnować, mam dość dużą swobodę. I w tym półroczu również dużo czasu – jak na razie pracuję dwa dni w tygodniu (i trzy wieczory). Trochę o to zawalczyłam, trochę tak się szczęśliwie złożyło, że nie dołożyli mi niczego w poniedziałek, a godziny z piątku przełożyli na czwartek, kiedy ich poinformowałam, że mam już inne zobowiązania. Byłam gotowa zrezygnować z godzin, bo tak naprawdę wyrabiam swój cały przydział i mam jeszcze trochę, czyli 1/3, ponad. Wolne piątki i poniedziałki są mi oczywiście potrzebne, żeby leżeć do góry brzuchem, no i w razie czego, jakby Mo się rozchorowała, bo Mi nie może w te dni pracować z domu.
Dziś w Dublinie piękna pogoda, ale jestem tak słaba po chorobie, że cały dzień spędzam pod kocem. Dawno takiego czasu nie miałam. Czeka na mnie druga książka Twardocha, Królestwo, w Polsce grypa dała mi skończyć Chołod, który dostałam pod choinkę. Książka okrutna, krwawa i przykra, ale kawał dobrej literatury. Polecam. Zaczęłam Biegunów Tokarczuk, ale jakoś tak nie rzucają mnie na kolana, może dlatego, że odłożyłam na parę dni i się zdekoncentrowałam. Straciłam wątek, puściłam narrację, wyszłam na brzeg z wartkiego nurtu rzeki. A, jak wiadomo, dwa razy do tej samej rzeki wejść jest trudno.
Poza tym nie mam długiego, rozpinanego swetra, a za każdym razem jak mi się jakiś w sklepie podoba myślę sobie ‚co tam będę kupować, zrobię sobie!’. I tak mija drugi rok, a jak ciągle nie mam ciepłego swetra. Ale już wiem, jakiego powinien być koloru – kanarkowy żółty. Mechaty i z wzorami.
Takajedna Trolla mówi, że mam jakąś bombę za pazuchą, i to jest prawda, trochę taką bombę mam, trzymam sobie, na razie w głowie, obracam wte i wewte, trochę się nią cieszę i trochę boję. Jakby wybuchła, to bardzo zmieniłaby moje życie (nie, nie jestem w ciąży;). Jak wybuchnie, to zostanę kimś innym.
Ale to jeszcze długa droga.