lub jeszcze głębiej w czasie, bo przecież o świętach nic nie wspomniałam, jeszcze, a jeśli teraz tego nie zrobię, to nigdy tego już nie zrobię. A przecież nie możecie bez tego żyć, prawda? 😊 Ale będzie skrótowo, jak z kronikarskiego obwiązku, w krótkich, żołnierskich słowach:
Święta spędziliśmy z Adkiem i Ren, którzy przyjechali prawie tydzień przed, żeby posprzą… nie, stop, pospotykać się ze znajomymi i posiedzieć w Dublinie. Fajnie było mieć ich tutaj, choć wychodzili codziennie wieczorem, wracali w nocy, a spali w dzień😄
Zostali z nami aż do Wiglii. Ulepiliśmy razem pierogi i uszka, a Ren tak się to podobało, że chce również lepić pierogi na dzień św. Patryka. Zielone, ze szpinakiem? Nawet ja spróbowałam pierożków, a raczej uszek, bo zrobiłam sobie ciasto bezglutenowe. Wyszło niby bezglutenowe, ale z glutem, bo ciasto nie dało się cieńko rozwałkować i było grube i niesmaczne. Z nadzieniem i barszczem w miarę, ale nie będę powtarzać w przyszłym roku – muszę chyba kupić cieńkie płaty ciasta ryżowego w sklepie chińskim i spróbuje z nich.
Dzieci wyjechały w Wigilię w nocy do rodziców Ren, do Północnej Irlandii. Chyba będziemy musieli zorganizować spotkanie rodziców w końcu.
Święta byłyby cudowne, gdyby nie to, że za krótkie, bo w drugi dzień świąt lecieliśmy, a raczej leciałyśmy z Mo do Polski, więc następnego po Wigilii musiałyśmy się pakować.
Ale za to w Polsce było jak trzeba, jak wiecie.