Takie pożegnania to lubię

Minęło już tyle dni i wypadałoby coś napisać. Choć i tak pewnie nikt nie czeka, tylko tak mi się wydaje, no, ale miło mieć takie wyobrażenia.

Leżę w łóżku, dziś jest trochę lepiej. Tylko 38 stopni przez cały dzień, to mniej o 2 stopnie niż wczoraj. Czyli już przyszło przełamanie, przynajmniej taką mam nadzieję. Po wszystkich świąteczno- sylwestrowych szaleństwach dopadła mnie w końcu krążąca po Polsce grypa, tak po prawdzie sama sobie na nią trochę zapracowałam. Ale szkoda mi było tych dni, żal tych wrażeń i spotkań, żeby siedzieć w domu i się wzmacniać herbatą z miodem, bo ‚czuję się troche niewyraźnie’. Więc nie zważając na dojmujące uczucie, że coś mnie gryzie, choć jeszcze żadnych objawów poza zmęczeniem nie miałam, no i może lekkim bólem mięśni, który jednak łączyłam z noszeniem ciężkiego plecaka dwa dni wcześniej, pojechałam na jednego z dziwniejszych Sylwestrów w moim życiu.

Najpierw wylądowałyśmy na Sylwestrowym koncercie przebojów operetkowych w małym mieście na Dolnym Śląsku, średnia wieku na widowni 65+. I małomiasteczkowa elita – pięknie poubierane panie, gdzieniegdzie całe rodziny trzypokoleniowe, dziewczynki z kokardami w gładko uczesanych włosach, chłopcy z muszkami i błyszczącymi butami. Przeboje od czardasza po walce Sztraussa, czyli dla mnie najgorszy rodzaj muzyki, bądźmy szczerzy, estetyka operetkowa, starsza sopranistka i konfenansjer-tenor, pianista, skrzypek, klarnecista i do tego wszystkiego tancerka tańców wschodnich. Niezapomniane wrażenie, choc takie, którego w życiu raczej nie będę powtarzać. Male miasteczko w nocy, w tych wszystkich światłach świątecznie przystrojone, wyglądało jakbyśmy byli we Włoszech, albo innej Toscanii, klimat jak z La Nuovo Cinema Paradiso. Jeśli ktoś oglądał.

Po pierwszej części wieczoru pojechałyśmy świętować Nowy Rok dalej, tym razem tak, jak lubię – do lasu. Sylwester na szczycie z ogniskiem, śpiewami, muzyką i nalewkami był najlepszy na świecie, zwłaszcza, że musiałyśmy najpierw tam dojść, co zabrało nam dobrą godzinę i tak przysłowiowego szampana o północy (bo naprawdę to była pigwówka) otworzyłyśmy jeszcze na szlaku. Było cudnie. Niczego z tego bym nie odała i niczego nie żałuję, choć zaraz po przyjeździe miałam już 39.5. Zupelnie nie wiem, jak z taka gorączką łaziłam po tych górach, po raz kolejny przekonałam się, że duch góruje nad materią. Wczoraj miałam juz 40 stopni przed tym, jak w końcu wzięłam coś na zbicie.

Ale to jeszcze nie wszystko…