Piętnaście stopni i słońce. A do tego pięknie – bluszcz się już czerwieni, błyszczą krople na bardzo zielonej jeszcze trawie, jabłonka ugina się pod ciężarem jabłek. Ale Mo znowu chora, dzisiejsza noc z tych najcięższych – wieciła się i budziła co pół godziny, świszczała i charczała z każdym oddechem, a kiedy przez chwilę cichła nadsłuchiwałam, czy jeszcze żyje. Niewiele spałam.
Rano się obudziła o siódmej ‚chcę już wstawać’.
– Ale czemu chcesz wstawać? Jesteś głodna, chce ci się pić, chcesz siusiu?
– Nie, po prostu nie chcę już spać.
Musiała wstać, ale nawet nie chciała się ubierać, zniosłam ją na dół w piżamce. Na szczęście nie idę dziś do pracy, więc włączyłam jej bajki i poszłam się przespać.
Obudziłam się po dwóch i pół godzinach, jakbym wyszła z czarnej dziury. Miałam wstać za pół godzinki, no, za godzinkę, sprawdzić co z dzieckiem, ale jakbym wpadła w przepaść, nicość.
Dziś wysoka gorączka i kaszel, jeszcze nie całkiem mokry.
Piątek.
W niedzielę Moja Ulubiona Zmiana czasu, a w poniedziełek Moje Ulubione Święto.
A najważniejsze, że zaczyna się reading week, czyli mamy tydzień wolnego. (Choć nie wiem, czy można to nazwać wolnym, bo mam kupę roboty.) Mo też ma ferie, Mi wziął wolne i przyjeżdża siostra.
Chcę pojechać do lasu.