Sprzęty ułatwiające życie

Studenci mi uciekli z zajęć. Mam dwie godziny wolnego. 😀

Jesień zaczęła się już na dobre i wczoraj w nocy obudził mnie ból stawów.

Było bardzo zimno w pokoju, a ja zawsze mam jedną rękę na kołdrze, jak śpię. W nocy temperatura spadła do paru stopni powyżej zera, więc trzeba włączać ogrzewanie, ale jakbym grzała całą noc, to mielibyśmy jak w saunie, już nie mówiąc o kosztach. Niestety, naszego boilera nie da się tak ustawić, żeby włączał się np. co dwie godziny na pół godziny. Uszczęśliwili (kto? no własnie nie wiem kto – skłaniam się do daleko idących wniosków i spiskowej historii dziejów) nas takim nowoczesnym cyfrowym programatorem, że tylko dwa ‚okresy ogrzewania’ dobowo można ustawić, nie tak jak na starym analogowym, gdzie można było ustawić i 30, na przykład co 15 minut automatycznie włączać i wyłączać boiler. Tutaj łączę się z Milagros w jej bólu obcowania z unowocześnieniami, nasz hydraulik montując nowy boiler powiedział, że według nowych regulacji musi również założyć nowoczesny programator, ‚ale niektórzy klienci potem płacą, żeby wrócić do starego’. Ton głosu miał złowieszczy, ale oczywiście wtedy nie zrozumiałam o co mu chodzi.

Stary wygląda tak:

I pozwala na prawie że dowolne ustawienie liczby i długości okresów grzania.

Nowy wygląda tak:

I pozwala na ustwienie DWÓCH okresów grzania dziennie. Li i jedynie. Tzn. można ręcznie sobie włączać i wyłączać, ale przecież nie będę w nocy wstawać co 2 godziny, zeby go włączyć i wyłączyć.

Tego modernizatora programatorów to bym w kosmos wysłała, w rakiecie wegług jego projektu.

No i przez ten cholerny programator bolały mnie stawy, a teraz drapie w gardle. I jeszcze przez wczorajsze montowanie nowego siedzenia na rower dla Mo, bo w starym ledwo co się już mieści. Chcieliśmy takie krzesełko, które by się łatwo dało zdejmować z jednego roweru i przekładać na drugi, żeby jedna osoba mogła ją rano odwozić do szkoły, zostawić tam krzesełko, a druga odebrać ją wraz z krzesełkiem. Wydawało mi się, że nie są to jakieś wygórowane żądania, zrobiłam porządny risercz internetowy i kupiłam takie, wydawałoby się, w miarę dostosowane i dające się łatwo rozmontować i zamontować, ale znaczenie słowa ‚łatwo’ jest bardzo subiektywne. Krzesełko da się przełożyć na drugi rower w dwie osoby, wyposażone dodatkowo w sprzęt pomocniczy, jak na przykład klucz francuski służący do walenia w wystające metalowe rurki, do których są przyczepione oparcia dla stóp, żeby owe rurki się ruszyły i zeszły ze śrub. Jeśli wiecie, o co mi chodzi.

Krzesełko kosztowało stówę (plus dodatkowe części na drugi rower) i wygląda tak (na dole owe rurki):

Ale nie ma szans, żebym sobie poradziła sama ze ściąganiem i zakładaniem go na inny rower. Po dwóch godzinach poddaliśmy się i nowe krzesełko jest tyko na moim rowerze, na Mi zamontowaliśmy stare, które musi jeszcze wystarczyć przez miesiąc. Na starym nie zmieści się w grubej kurtce, modlimy się, żeby nie było jeszcze tak zimno.

I tak podjęliśmy ostateczną decyzję – kupujemy rower elektryczny. O taki:

Będę ją woziła na tzw. passenger seat:

Jak wam się podoba?

Ja nie mogę się doczekać – wyobraźcie sobie tylko 20-30 km (choć nie codziennie), połowa pod górę, wiatr i deszcz w oczy, siedmioletnie dziecko z tyłu, a ja pedałuję …

Wprawdzie wkrótce będziemy mogli jeździć samochodem (mam nadzieję!), ale rower jest dużo poręczniejszy, bo nie stoi się w korkach i można jeździć po ścieżkach dla rowerów i ulicach zamkniętych dla samochodów, np. w Dublinie wzdłuż kanałów.

Właśnie takich, jak nasza codzienna droga do szkoły: