Nowy tydzień, nowe wyzwania. Miałam mieć więcej luzu, mniej zajęć, ale to chyba nie w tej pięciolatce.
Jakoś tak się zawsze dzieje, że jak się zrobi wolne miejsce na siedzeniu obok, zaraz dosiadają się nowe zadania, zauważyliście? Otwieramy kolejny kierunek i oto mam do napisania program dwóch przedmiotów. Stary kierunek, z którym problem odbił się echem w całej Irlandii, ma teraz być naprawiony, w co również jestem wplątana. Wielkimi krokami zbliża się tak zwany deadline mojego małego, ale ambitnego projektu, ach, czemu przebimbałam czas w lecie i nie pracowałam na takich obrotach, na jakie teraz z łatwością wskakuję, zwłaszcza o piątej rano! Do tego nowy przedmiot, który jest dla mnie rejsem w nieznane, dodatkowe godziny super-błyskawicznego kursu metod badawczych dla studentów zaliczających różnice programowe (chcieli 6 godzin dziennie przez trzy dni, ale się nie dałam – nie da rady wysiedzieć ciurkiem 6 godzin metodologii!), a wisienka na torcie to świszcząca Mo, która, jak w zegarku, jak co roku o tej porze, płynnie przechodzi z ‚lekkiego katarku’ do rzężenia mi do ucha przez całą noc tak, że zapalam światło i obserwuję, czy już się robi sina. Po czym, następnego dnia, wskakuje prosto w tryb ‚wprawdzie wypluwam płuca jak stary gruźlik, ale jestem zupełnie zdrowa!’ więc zamiast leżeć w łóżku i nie mieć siły, roznosi ją energia i nosi po całym domu.
W pracy koleżanka psychopatka, o której już nie jeden raz pisałam, usiłuje się zaprzyjaźnić (??) i wypisuje mi dobre rady na WhatsAppie, na temat, o którym nie ma zielonego pojęcia, bo staram się nie mówić jej nic ważnego, ani osobistego, ani też nic, co mogłaby w jakikolwiej sposób wykorzystać, więc nasze rozmowy przeważnie są dokładnie O NICZYM. Ale nie przeszkadza jej to wcale jak widać DORADZAĆ w kwestii NICZEGO. I paru innych kwestii, o których niestety musi wiedzieć z racji tego, że razem pracujemy.
Oprócz tego tęsknię do lasu, takiego jesiennego, zamglonego, wilgotnego, bukowego, z tym niepowtarzalnym ostro-dymnym zapachem, marzę o domku w lesie, może być na kurzej lapce, albo chociaż wycieczce do lasu, skoro jak wiadomo nie można mieć wszystkiego, kocham las, no i dlaczego wybrałam sobie do życia kraj, którego powierzchnia jest tylko w 11% pokryta lasami, z czego większość to młodniaki świerkowe na Christmas???
Mi pociesza, że przecież jestem w lesie. Z robotą.