Mo szykowała się na Halloween od roku, to jej ulubione święto.
Ale jak wiadomo w czwartek się rozłożyła. Jeszcze myślałam, że to tylko przeziębienie, że wydobrzeje do poniedziałku. Nic z tego.
W czwartek wieczorem zaczęła się gorączka i to takie dobre 39 stopni, czyli 39.5 kiedy przestalam mierzyć i dałam jej ibuprofen. Od tego czasu gorączkuje bez przerwy, to już cztery doby. Jeszcze wczoraj negocjowała, że jak będzie lepiej się czuła, to może pójść z dziećmi. Ale dziś biedna tylko leży i nie ma na nic siły.
Żeby ją trochę pocieszyć, postanowiliśmy się przebrać.
Ale i tak najstraszniej wyglada ona.
Płakala, że nie może wyjść na dwór i straszyć z dziecmi. Ale dzieci przyszły i PRZYNIOSŁY JEJ słodycze.
Piętnaście stopni i słońce. A do tego pięknie – bluszcz się już czerwieni, błyszczą krople na bardzo zielonej jeszcze trawie, jabłonka ugina się pod ciężarem jabłek. Ale Mo znowu chora, dzisiejsza noc z tych najcięższych – wieciła się i budziła co pół godziny, świszczała i charczała z każdym oddechem, a kiedy przez chwilę cichła nadsłuchiwałam, czy jeszcze żyje. Niewiele spałam.
Rano się obudziła o siódmej ‚chcę już wstawać’.
– Ale czemu chcesz wstawać? Jesteś głodna, chce ci się pić, chcesz siusiu?
– Nie, po prostu nie chcę już spać.
Musiała wstać, ale nawet nie chciała się ubierać, zniosłam ją na dół w piżamce. Na szczęście nie idę dziś do pracy, więc włączyłam jej bajki i poszłam się przespać.
Obudziłam się po dwóch i pół godzinach, jakbym wyszła z czarnej dziury. Miałam wstać za pół godzinki, no, za godzinkę, sprawdzić co z dzieckiem, ale jakbym wpadła w przepaść, nicość.
Dziś wysoka gorączka i kaszel, jeszcze nie całkiem mokry.
Piątek.
W niedzielę Moja Ulubiona Zmiana czasu, a w poniedziełek Moje Ulubione Święto.
A najważniejsze, że zaczyna się reading week, czyli mamy tydzień wolnego. (Choć nie wiem, czy można to nazwać wolnym, bo mam kupę roboty.) Mo też ma ferie, Mi wziął wolne i przyjeżdża siostra.
‚Polska szkoła jest wesoła’ śpiewały dzieci na akademii, ale prawda jest taka, że nie jest.
Jest drętwa, nudna, nadęta, napuszona, przesycona WARTOŚCIAMI i CNOTAMI.
Cierpienie mojego dziecka zaczęło się już w samochodzie, bo szkoła jest na drugim końcu miasta i musimy dojeżdżać pół godziny. Mo zrobiło się w samochodzie niedobrze i można by powiedziec, że tak już jej zostało.
Akademia miała miejsce w auli, zaczęła się oczywiście wniesieniem sztandaru i przemówieniem Pani Kierownik Polskiej Szkoły. Potem dzieci mówiły wierszyki i śpiewały piosenki, właśnie o tym, jaka ta szkoła wesoła. Boki zrywać. Mo nie znała piosenki, więc stała z tyłu. Występy trwały dobrą godzinę i zakończyły się wspólną recytacją Katechizmu Polskiego Dziecka słynnego Bełzy, wierszyka znanego jako ‚Kto ty jesteś? Polak Mały’. I kiedy na koniec usłyszałam – Coś jej winien? – Oddać życie! wykrzyczane z emfazą przez pięćdziesięcioro małych szkrabów, ciarki mi przeszły po plecach.
Mo stała przeważnie z tyłu (nóżki mnie bardzo bolały, mamusiu!), a kiedy nie stała wyglądała tak:
Po uroczystym pasowaniu każdego dziecka przez Panią Kierownik (Mo próbowała się wmieszać w tłum i ukryć, ale się nie dało), cała sala została wezwana do odśpiewania hymnu i część formalna zakończyła się wyprowadzeniem sztandaru przy dźwiękach fanfar (?).
Już wiedziałam, że ta celebracja – niestety- nie tyle nie zachęciła mojego dziecka do polskości, ale wręcz zrobiła wszystko, co się dało, żeby je kompletnie zniechęcić. No, ale nareszcie można było przejść do sali na część mniej formalną – te przysłowiowe góry ciastek i słodyczy.
Zrezygnowana Mo usiadła z boku i zaczęła metodycznie napychać się słodyczami. Koło mnie stanęła mama innego pierwszaka:
– To pani pierwsza polska szkoła?
– Właściwie to nie, bo syn chodził, ale w Polsce, więc pierwsza za granicą.
– To powiem pani, że bardzo dobrze pani robi, że posyła córkę. U nas już drugie dziecko. Weekendów nie mamy – bo syn w sobotę, a córka w niedzielę do szkoły. I tak latami. Jest ciężko, ale warto. Teraz córka, 12 lat, mówi, że cieszy się, bo Irlandczycy to żadnej kultury nie mają, pani! oni to żadnej kultury nie mają! A tu proszę – jaka polska kultura!
Zgodziła się w piątek wieczorem, po długich pertraktacjach. Bo tato Joanki zaprosił ją do Joanki na sobotę i już się cieszyła na zabawę. I tylko dzięki temu, że Mi jest na świeżo po profesjonalnych szkoleniach w pracy ‚jak przekonywać nieprzekonanych’ i ‚jak motywować niezmotywowanych’ zmieniła zdanie w piątek. Bardzo niechętnie. Dobrze, niech nam będzie, do Joanki pójdzie za tydzień, za to w środę pójdzie do Lauren i jeszcze mamy jej kupić małą zabaweczkę.
Ale w sobotę rano znowu histeria. Nie chce TAM iść, nie będzie, chce do Joanki, nie lubi TAM chodzić, tam jest nudno. NIGDY już tam nie będzie chodzić. Niestety, musiałam obudzić Mi, który właśnie miał ten swój jedyny dzień w tygodniu, kiedy może trochę odespać, ale teraz, o dziewiątej rano musiał przyjść mi z odsieczą. Bo inaczej nic z tego nie będzie.
– Mo, ale dzisiaj jest tylko impreza, nie będzie szkoły. To jest tylko pasowanie na ucznia!
– No właśnie – PASOWANIE! A ja tam NIE PASUJĘ!
Odmalowaliśmy jej góry słodyczy czekające na nią w polskiej szkole po uroczystości pasowania, czekoladki, żelki i napoje, świąteczny nastrój i atmosferę dobrej zabawy.
– Będziecie tylko śpiewać piosenki, mówić wierszyki i tyle. A potem PARTY!!!!
Studenci mi uciekli z zajęć. Mam dwie godziny wolnego. 😀
Jesień zaczęła się już na dobre i wczoraj w nocy obudził mnie ból stawów.
Było bardzo zimno w pokoju, a ja zawsze mam jedną rękę na kołdrze, jak śpię. W nocy temperatura spadła do paru stopni powyżej zera, więc trzeba włączać ogrzewanie, ale jakbym grzała całą noc, to mielibyśmy jak w saunie, już nie mówiąc o kosztach. Niestety, naszego boilera nie da się tak ustawić, żeby włączał się np. co dwie godziny na pół godziny. Uszczęśliwili (kto? no własnie nie wiem kto – skłaniam się do daleko idących wniosków i spiskowej historii dziejów) nas takim nowoczesnym cyfrowym programatorem, że tylko dwa ‚okresy ogrzewania’ dobowo można ustawić, nie tak jak na starym analogowym, gdzie można było ustawić i 30, na przykład co 15 minut automatycznie włączać i wyłączać boiler. Tutaj łączę się z Milagros w jej bólu obcowania z unowocześnieniami, nasz hydraulik montując nowy boiler powiedział, że według nowych regulacji musi również założyć nowoczesny programator, ‚ale niektórzy klienci potem płacą, żeby wrócić do starego’. Ton głosu miał złowieszczy, ale oczywiście wtedy nie zrozumiałam o co mu chodzi.
Stary wygląda tak:
I pozwala na prawie że dowolne ustawienie liczby i długości okresów grzania.
Nowy wygląda tak:
I pozwala na ustwienie DWÓCH okresów grzania dziennie. Li i jedynie. Tzn. można ręcznie sobie włączać i wyłączać, ale przecież nie będę w nocy wstawać co 2 godziny, zeby go włączyć i wyłączyć.
Tego modernizatora programatorów to bym w kosmos wysłała, w rakiecie wegług jego projektu.
No i przez ten cholerny programator bolały mnie stawy, a teraz drapie w gardle. I jeszcze przez wczorajsze montowanie nowego siedzenia na rower dla Mo, bo w starym ledwo co się już mieści. Chcieliśmy takie krzesełko, które by się łatwo dało zdejmować z jednego roweru i przekładać na drugi, żeby jedna osoba mogła ją rano odwozić do szkoły, zostawić tam krzesełko, a druga odebrać ją wraz z krzesełkiem. Wydawało mi się, że nie są to jakieś wygórowane żądania, zrobiłam porządny risercz internetowy i kupiłam takie, wydawałoby się, w miarę dostosowane i dające się łatwo rozmontować i zamontować, ale znaczenie słowa ‚łatwo’ jest bardzo subiektywne. Krzesełko da się przełożyć na drugi rower w dwie osoby, wyposażone dodatkowo w sprzęt pomocniczy, jak na przykład klucz francuski służący do walenia w wystające metalowe rurki, do których są przyczepione oparcia dla stóp, żeby owe rurki się ruszyły i zeszły ze śrub. Jeśli wiecie, o co mi chodzi.
Krzesełko kosztowało stówę (plus dodatkowe części na drugi rower) i wygląda tak (na dole owe rurki):
Ale nie ma szans, żebym sobie poradziła sama ze ściąganiem i zakładaniem go na inny rower. Po dwóch godzinach poddaliśmy się i nowe krzesełko jest tyko na moim rowerze, na Mi zamontowaliśmy stare, które musi jeszcze wystarczyć przez miesiąc. Na starym nie zmieści się w grubej kurtce, modlimy się, żeby nie było jeszcze tak zimno.
I tak podjęliśmy ostateczną decyzję – kupujemy rower elektryczny. O taki:
Będę ją woziła na tzw. passenger seat:
Jak wam się podoba?
Ja nie mogę się doczekać – wyobraźcie sobie tylko 20-30 km (choć nie codziennie), połowa pod górę, wiatr i deszcz w oczy, siedmioletnie dziecko z tyłu, a ja pedałuję …
Wprawdzie wkrótce będziemy mogli jeździć samochodem (mam nadzieję!), ale rower jest dużo poręczniejszy, bo nie stoi się w korkach i można jeździć po ścieżkach dla rowerów i ulicach zamkniętych dla samochodów, np. w Dublinie wzdłuż kanałów.
Właśnie takich, jak nasza codzienna droga do szkoły:
Nowy tydzień, nowe wyzwania. Miałam mieć więcej luzu, mniej zajęć, ale to chyba nie w tej pięciolatce.
Jakoś tak się zawsze dzieje, że jak się zrobi wolne miejsce na siedzeniu obok, zaraz dosiadają się nowe zadania, zauważyliście? Otwieramy kolejny kierunek i oto mam do napisania program dwóch przedmiotów. Stary kierunek, z którym problem odbił się echem w całej Irlandii, ma teraz być naprawiony, w co również jestem wplątana. Wielkimi krokami zbliża się tak zwany deadline mojego małego, ale ambitnego projektu, ach, czemu przebimbałam czas w lecie i nie pracowałam na takich obrotach, na jakie teraz z łatwością wskakuję, zwłaszcza o piątej rano! Do tego nowy przedmiot, który jest dla mnie rejsem w nieznane, dodatkowe godziny super-błyskawicznego kursu metod badawczych dla studentów zaliczających różnice programowe (chcieli 6 godzin dziennie przez trzy dni, ale się nie dałam – nie da rady wysiedzieć ciurkiem 6 godzin metodologii!), a wisienka na torcie to świszcząca Mo, która, jak w zegarku, jak co roku o tej porze, płynnie przechodzi z ‚lekkiego katarku’ do rzężenia mi do ucha przez całą noc tak, że zapalam światło i obserwuję, czy już się robi sina. Po czym, następnego dnia, wskakuje prosto w tryb ‚wprawdzie wypluwam płuca jak stary gruźlik, ale jestem zupełnie zdrowa!’ więc zamiast leżeć w łóżku i nie mieć siły, roznosi ją energia i nosi po całym domu.
W pracy koleżanka psychopatka, o której już nie jeden raz pisałam, usiłuje się zaprzyjaźnić (??) i wypisuje mi dobre rady na WhatsAppie, na temat, o którym nie ma zielonego pojęcia, bo staram się nie mówić jej nic ważnego, ani osobistego, ani też nic, co mogłaby w jakikolwiej sposób wykorzystać, więc nasze rozmowy przeważnie są dokładnie O NICZYM. Ale nie przeszkadza jej to wcale jak widać DORADZAĆ w kwestii NICZEGO. I paru innych kwestii, o których niestety musi wiedzieć z racji tego, że razem pracujemy.
Oprócz tego tęsknię do lasu, takiego jesiennego, zamglonego, wilgotnego, bukowego, z tym niepowtarzalnym ostro-dymnym zapachem, marzę o domku w lesie, może być na kurzej lapce, albo chociaż wycieczce do lasu, skoro jak wiadomo nie można mieć wszystkiego, kocham las, no i dlaczego wybrałam sobie do życia kraj, którego powierzchnia jest tylko w 11% pokryta lasami, z czego większość to młodniaki świerkowe na Christmas???
Mi pociesza, że przecież jestem w lesie. Z robotą.
– No przyjedziemy samochodem, dzwoniłam już do Zby, też się przygotowują, jak walnie bombą w Ukrainę, to od razu wsiadamy w samochód i przyjeżdżamy. Tylko musisz mi powiedzieć skąd do was promy odpływają, bo samolotów pewno już nie będzie…
Takie rozmowy. Przyznam, że mnie też się ten strach trochę udziela, ale tutaj Irlandia niby tlko wyspa, a ludzie żyją trochę jak na innej planecie, bardzo to uspokajające.
Tu wszyscy ucieszeni z tegorocznego budżetu, happy days! Rząd każdemu porozdawał prezenty, obniżka podatków dla wynajmujących mieszkania, darmowe środki antykoncepcyjne dla kobiet poniżej 26 rż, pierwszy raz w historii RoI refundacja in vitro, obniżka opłat za studia, my na podatkach zyskamy koło 1600 euro rocznie, do tego dopłata do prądu, dopłata do opieki nad dziećmi podobno aż o 1/4, w listopadzie podwójny zasiłek na dziecko (2×140 euro!), no żyć nie umierać…
W UK dla odmiany rząd obciął podatki najbogatszym oraz zlikwidował ograniczenia bonusów dla bankierów;D
Funt pikuje, dolar wystrzelił w górę, złotówka szoruje po dnie. Euro ma się tak sobie, ale w porównaniu ze złotówką nie jest źle.
A dziś polska szkoła. Chyba już ostatni raz, nie sądzę, żeby się udało Mo namówić raz jeszcze. Teraz mi szkoda, pani nauczycielka okazała się całkiem do rzeczy, też nie darzy sympatią wypocin Władysława Bełzy. No, ale ta cała wyprawa naprawdę zajmuje nam cały dzień, dojazd samochodem to pół godziny w jedną stronę, Mo jest bardzo niedobrze, co dodatkowo nie nastraja jej pozytywnie. I jest jeszcze jedna delikatna kwestia, ale jak to z delijkatnymi sprawami bywa, nie mogę jej ze szczegółami opisać, żeby nie kogoś nie zranić;/