Nie chce misie

Taki miałam przeokropny dziś dzień niechcemisienia! Od czasu pracowej afery straciłam chyba motywację, naprawdę próbowałam się dziś zmusić do CZEGOKOLWIEK – w końcu od poniedziałku zaczynamy – ale moja głowa wymyślała co chwilę jakąś inną wymówkę. Naprawdę nikt tak człowieka nie udręczy, jak on sam się potrafi.

Dzień zaczął się o piątej rano okropnym snem, w którym palił mi się komputer, a jedna pracowa koleżanka, która reprezentuje zawód, na który chcę się przekwalifikować, pomagała mi go gasić. Nie trzeba być psychoanalitykiem, żeby go rozkminić, sen prosty jak budowa cepa. Po tym śnie nie mogłam spać, oczywiście, zasnęłam w końcu pół godziny przed budzikiem. A potem cały dzień się snułam, a żeby to jeszcze naprawdę coś się teraz działo! A to już dawno po sprawie, nawet udało mi się podpisać dwa dni temu nowy kontrakt, lepszy niż stary, ale oczywiście nie tak dobry, jak się spodziewałam, a już oczywiście zadręczałam sie, że pozamiatane. Czyli niby wszystko dobrze, to dlaczego mi tak mizernie? Straciłam serce do tej pracy.

I gdyby nie popołudniowy bieg (5.5 km), można by ten dzień naprawdę wyrzucić do kosza.