I na to wszystko przyjeżdża wesoła ekipa dwudziestolatków, hej!
Najpierw przyjechał jeden. Zaparkował precyzyjnie tyłem na podjeździe – teraz już zwracam uwagę na takie szczegóły! – i stoi na deszczu, prowadząc uprzejmą konwersację ze mną, panią w średnim wieku, jakby nie było. Wysoki, przystojny, uprzejmy, nie, bardzo dziękuje za herbatę, poczeka na mojego syna siedząc sobie w aucie, zamówił sobie nawet takeawaya, żeby mnie kłopotać, tylko czy mogę mu pożyczyć widelec? Mój syn, jak to on, oczywiście spóźniony, przyjeżdżają z En. i Za. półtorej godziny później.
Wracają z dziesięciodniowej włóczęgi po zachodniej Irlandii, pod koniec której mieli nocować u nas, ale wiadomo, covid, więc co tu teraz zrobić. Ceny noclegów w mieście oszalały, 70 euro za noc. Dużo jak dla studenta.
Leje coraz bardziej. Stoją na dworze we czwórkę i prowadzimy debatę. Mieli nocować w namiotach w ogrodzie, ale teraz jest mi ich szkoda. Strumyki deszczu spływają po kapturach i twarzach, cieńkie kurtki wyglądają na coraz bardziej przemoczone. Mokną im buty i spodnie.
Czy zgodziłabym się, żeby przenocowali. Czy myślę, że się zarażą.
Chcą jeszcze pozwiedzać Dublin, zostawili już część ekipy w pubie na Temple Bar.
Więc co myślę.