Zwiariuję z tym covidem.
Oczywiście Mo chora. Nie pomogło moje okłamywanie się i zaprzeczanie rzeczywistości (a może bezobjawowo przeszła przede mną?), w piątek o 10 rano telefon ze szkoły. Źle się czuje, ma gorączkę i ‚proszę jak najszybciej odebrać dziecko’. Mi na zebraniu, z którego nie może się zwolnić, ja z covidem, ale już sześciodniowym, na jedynym, najważniejszym spotkaniu online na którym management przeprasza nas za kompletne olewanie od dwóch miesięcy i wystawienie pod pręgierz medialny. No ale co było robić, założyłam maseczkę, wzięłam taxi, poprosiłam o otwarcie okien i pojechałam po dziecko. (Na marginesie: choćby z powodów humanitarnych powinni mi pozwolić zdawać ten egzamin na prawko, nie sądzicie?)
W domu Mo spektakularnie rozwinęła temperaturę 39.5, wtedy przestałam mierzyć i dałam dziecku Calpol. I nagle do mnie dotarło:
Zaczęło się.
Pierwszy tydzień i siedzimy chore w domu.
Ja tego nie wytrzymam!
W histerii nie dała sobie zrobić testu, Mi chwycił się umierającej nadziei ‚a może to jednak coś innego? Jest mnóstwo innych wirusów’. Jakby to było coś innego, to może poszłaby w poniedziałek do szkoły. Jak covid, to tydzień w domu. Tydzień, który już powinnam przeznaczyć na pracę. Tydzień, kiedy będę znowu stawać na głowie, żeby nie oglądała durnych jutubów i tiktoków na okrągło, nie grała na telefonie, koszmarny tydzień nerwówki i poczucia winy. Mojego stresu i wyrzutów sumienia.
W końcu późnym wieczorem zgadza się na test.
Covid jak w mordę strzelił.
Piszę wiadomość na klasowym WhatsAppie i wyobrażam sobie wkurzenie rodziców, że miałam covid i puściłam dziecko do szkoły. Przekonuję siebie samą, że (1) zrobiłam jej test w środę, była negatywna, (2) nie miała żadnych objawów (aż do teraz), (3) obecnie nie ma zaleceń, żeby trzymać ‚bliskie kontakty’ w domu.
Niech mnie ktoś obudzi wiosną!